Pomylili miejsce pochówku, zniszczyli grobowiec, a teraz nie odpowiadają nawet na pisma poszkodowanej bielszczanki. Obiecują jednak poprawę. Takie niemiłe rzeczy na cmentarzu parafialnym przy ulicy Grunwaldzkiej w Bielsku-Białej.

Pani Maria przeżyła już sporo lat, dużo widziała i jest osobą, która do problemów podchodzi nad wyraz spokojnie. Ale cierpliwość każdego człowieka ma w końcu jakieś granice. Zwłaszcza, jeśli upomina się o coś oczywistego, co nie budzi wątpliwości, a mimo to nic nie można wskórać i na dodatek jest się po prostu lekceważonym. To już dla nikogo przyjemne nie jest.

Dla bielszczanki historia zaczęła się ponad pięć lat temu, kiedy w styczniu 2015 zmarł jej mąż. Już to było wystarczającym ciosem, by popaść w rozpacz i przygnębienie. Nie ma przecież nic tragiczniejszego od śmierci ukochanej osoby. Czy mogło się więc zdarzyć coś, co dodatkowo było w stanie przygnieść jeszcze mocniej psychikę zrozpaczonej kobiety? Okazuje się, że tak. I zdarzyło się to w dniu pogrzebu na cmentarzu należącym i administrowanym przez parafię św. Mikołaja.

- Wszystko było przygotowane - wspomina pani Maria ten smutny dzień. - Było już po mszy, kondukt żałobny wkroczył na teren cmentarza i kierował się w stronę naszego rodzinnego grobowca. Tak przynajmniej wówczas, po przekroczeniu bramy cmentarza, myślała pani Maria. W najczarniejszych snach do głowy by jej wówczas nie przyszło, że dosłownie za kilkadziesiąt sekund przeżyje prawdziwy szok.

O tym jednak, co się dalej zdarzyło w tej niezwykłej historii w jutrzejszym, czwartkowym wydaniu Kroniki Beskidzkiej w artykule „Fatalna pomyłka na pogrzebie”.

kj

Foto: Kuba Jarosz