Grał w beskidzkich lokalach i na statku. Teraz błyszczy w telewizji
Kazimierz Górecki, bielszczanin, który ostatnio oczarował jurorów Voice Senior, przybył w Beskidy w 1969 roku i z miejsca stał się gwiazdą dancingów. Wspomina tamte czasy z rozrzewnieniem.
Eleganckie garnitury skrojone z błyszczących materiałów, które były dostępne tylko dla szczęśliwców. Ciemne okulary, długie włosy, gitara oraz wyjątkowy głos, który sprawił, że chłopak z Trzebini otrzymał angaż w jednym z lokali w Szczyrku. Kazimierz Górecki jak nikt potrafił zaśpiewać i zagrać każdy przebój.
- Przyjechałem do Szczyrku z zespołem Cracovia Kwartet. W wieku 20 lat otrzymałem ofertę pracy w Beskidach. Zgodę na to musiała wyrazić mama, bo wówczas uczęszczałem jeszcze do szkoły – wspomina. - Zaczęło się od grania w restauracji Pod Skrzycznem.
Potem była Teatralna. - Co to były za czasy - wzdycha. - Tam nie dostawał się byle kto. Trzeba było wyglądać. Panowie byli w garniturach pod krawatami, którymi się dzielili z tymi, którzy chcieli wejść, a o nich zapomnieli. Panie były eleganckie. Nikt nie przychodził ubrany w dżinsy. W drzwiach stała portierka, do której trzeba się było pięknie uśmiechnąć.
W 1979 wraz z zespołem Viva Trio wyjechał do Finlandii. Wrócił na krótko do kraju, aby znów udać się do Skandynawii. Tam zastał go stan wojenny. Wrócił. - Ludzie pukali się w czoło, dlaczego zdecydowałem się na powrót w tym trudnym czasie. A ja po prostu tęskniłem za rodziną - tłumaczy. W 1989 roku otrzymał kontrakt w Niemczech, a dwa lata później ruszył w rejs amerykańskim statkiem.
Cała opowieść o bielszczaninie, który ma szansę na zwycięstwo w Voice Senior, znajduje się w nowym wydaniu „Kroniki Beskidzkiej”. E-wydanie można kupić TUTAJ.
KGO
Zdjęcie z archiwum prywatnego (Kazimierz Górecki pierwszy z lewej)
Oceń artykuł:
32 2