Rozmowa z Bogdanem Traczykiem, prezydentem Bielska-Białej z przełomu wieków (1998-2002) o tym, co mu się podoba w mieście, a co nie oraz jak ocenia swoich następców.

Czy to prawda, że od lat dojeżdża Pan codziennie do pracy z Bielska-Białej do Gliwic?

- Życie tak mi się ułożyło. Od 13 lat pokonuję każdego dnia dystans około 180 km. Na co dzień jestem prezesem Górnośląskiej Agencji Przedsiębiorczości i Rozwoju (GAPR) w Gliwicach. W 2007 roku wygrałem konkurs na stanowisko prezesa tej spółki, która wtedy jeszcze nosiła nazwę Agencji Rozwoju Lokalnego (…).

Czy Pańska rodzina nie narzeka na taki tryb życia? Czy nie wolałaby, aby pracował Pan „po ludzku” w Bielsku-Białej?

- Oczywiście, że wolałaby. Żona wielokrotnie mi to powtarza. Ale w moim przypadku znalezienie pracy w Bielsku-Białej było przeze wiele lat niemożliwe. Dla wielu osób stałem się osobnikiem niepożądanym - persona non grata (…).

Co się Panu nie podoba w mieście?

- Mój następca zaniechał zupełnie realizacji przedsięwzięć, które zostały przygotowane i wstępnie opracowane w okresie mojej kadencji prezydenckiej. Lotnisko w Aleksandrowicach nie ma do dziś - dla przykładu - profesjonalnego pasa startowego dla samolotów. Taka inwestycja doprowadziłaby w oczywisty sposób do unowocześnienia i zwiększenia transportowej przydatności lotniska (…). Stadion sportowy przy ul. Żywieckiej jest zaś przewymiarowany. To obiekt stanowczo za duży na bielskie potrzeby. Prawie nigdy nie był on jeszcze zapełniony w stu procentach podczas meczów piłkarskich. Niepotrzebnie wydano tyle pieniędzy na budowę ogromnego i kosztownego stadionu.

Cały wywiad z Bogdanem Traczykiem można przeczytać w nowym, świątecznym wydaniu „Kroniki Beskidzkiej”, które ukaże się 17 grudnia. E-wydanie jest dostępne TUTAJ.

LUZ

Foto: Zbigniew Lubowski