Beskidzkie schroniska walczą o przetrwanie. Po fatalnym roku wszyscy liczyli na to, że okres ferii zimowych pozwoli gościć turystów i podreperować budżety. Wygląda na to, że nic z tego.

Schroniska górskie, tak samo jak hotele, nie mogą przyjmować gości. Najwyraźniej nawet ferie nie poprawią nastrojów. Nie dość, że dla całego kraju wyznaczono je w jednym terminie, to zapewne i tak nie będzie można wtedy przyjąć turystów. W schronisku PTTK Klimczok każdej zimy goszczono duże grupy, które spędzały tu po jednym tygodniu. Obłożenie było tak duże, że w styczniu i lutym nawet w dni robocze trudno było tam o miejsce.

- Mamy jeden wielki znak zapytania. Zastanawiamy się, co robić w tej sytuacji. Jakąś decyzję musimy podjąć, ale w tym chaosie trudno cokolwiek przewidzieć. Nawet jeśli będą mogły jakieś grupy do nas przyjechać, to wystarczy, że jedna osoba będzie chora i mamy kwarantannę - wskazuje załoga.

W schronisku dodają, że jakakolwiek decyzja dotycząca działalności będzie zła. Jeśli schronisko zamknie się dla gości, nic nie zarobi. Jeśli kogoś przyjmie, naraża się na konsekwencje prawne. - Tak naprawdę nikt nie wie, jak będą wyglądały ferie - stwierdzają zarządcy.

- Liczymy, że pod koniec grudnia zapadnie jakaś decyzja. I tak już wiadomo, że te ferie będą najgorsze, bowiem jest tylko jeden termin. Rezerwacji i telefonów jest mało, bo nikt nie wie, czy w ogóle będzie mógł przyjechać. Na ten moment nie działają nawet wyciągi narciarskie. Jedyne, co możemy robić, to obsługiwać z okienka pojedynczych turystów. Mamy nadzieję, że będą o nas pamiętać. W marcu przecież minie już rok odkąd działamy z tak wielkimi ograniczeniami - usłyszeliśmy w schronisku PTTK na Hali Miziowej, gdzie zima to zazwyczaj okres żniw i najazdu narciarzy.

O tym, jak radzą sobie schroniska oraz czy mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc pisze nowa „Kronika Beskidzka”. E-wydanie lokalnego tygodnika jest dostępne TUTAJ.

MK

Foto: schronisko Klimczok