Gastronomia to biznes, który zdaje się najmocniej odczuwać skutki pandemii i obostrzeń sanitarnych. Bielscy restauratorzy starają się związać koniec z końcem tak, aby przetrwać nieprzyjazne czasy. Kultowy „Pierożek” na Rynku uzyskuje obecnie 20-30 proc. wcześniejszych wyników finansowych. - Klienci o nas pamiętają. Obudziła się w ludziach jakaś solidarność, rozumieją naszą sytuację i starają się składać częstsze zamówienia. Spływa do nas wiele ciepłych słów, wiele osób ma sentyment do tego miejsca. Pomogło też miasto - mówi właścicielka baru.

Jeszcze niedawno w „Pierożku” tłumnie stołowali się uczniowie, emeryci, urzędnicy czy turyści. Bielszczanie w każdym wieku lubili zaglądać do baru, by smacznie zjeść, ciesząc się spotkaniem z bogatą historią, którą bez wątpienia to miejsce posiada. Dziś lokal przy Rynku 24 niestety świeci pustkami i jak wiele innych punktów gastronomicznych w Bielsku-Białej stara się ratować przed upadłością zamówieniami na wynos.

„Całe lato zaciskałam pasa”

Taka forma obsługi klienta nie satysfakcjonuje nikogo, ale innego wyjścia nie ma - przeżyć jakoś trzeba. Kultowy „Pierożek” nie poddaje się pandemii, dzielnie stawia czoła kryzysowi, a jego właścicielka Katarzyna Kwaśny deklaruje: zrobię wszystko, by kontynuować dzieło mojej mamy jeszcze przez co najmniej kolejnych dwadzieścia lat. Lecz nikt tutaj naiwny nie jest, wszyscy zdają sobie sprawę z trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli.

- Jest trochę lepiej niż na wiosnę, w przeciwieństwie do rządzących przygotowałam się na drugą falę wirusa. I mentalnie, i finansowo. W zeszłym roku mieliśmy mały remont, więc sytuacja na przełomie lutego i marca całkowicie mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że jesienią może być podobnie, dlatego całe lato zaciskałam pasa, aby być na to gotowym. Radzimy sobie „na pół gwizdka” - zwierza się Katarzyna Kwaśny.

Zdaniem właścicielki „Pierożka”, największym ratunkiem są stali klienci i … włodarze Bielska-Białej. - Klienci o nas pamiętają. Obudziła się w ludziach jakaś solidarność, rozumieją naszą sytuację i starają się składać częstsze zamówienia. Spływa do nas wiele ciepłych słów, wiele osób ma sentyment do tego miejsca. Pomogło też miasto. Muszę przyznać, że pomoc przyszła szybko. Mieliśmy obniżony czynsz i naprawdę nasz samorząd nie jest z tych, którzy rzucają puste słowa.

Lepili nawet 10 tys. uszek

Sytuacja jest jednak daleka od idealnej, bo liczba zamówień ma się nijak do czasu sprzed pandemii. „Pierożek” uzyskuje obecnie 20-30 proc. wcześniejszych wyników finansowych. Pani Katarzyna wierzy jednak, że w okresie świątecznym będzie nieco lepiej, choć świadoma jest, że najbliższe Boże Narodzenie będzie zupełnie inne od poprzednich.

- Klienci dzwonią, zamawiają na święta nawet większe ilości, ale w tym roku nie będzie Świąt na Starówce, nie będzie wigilii zakładowych. Były czasy, że w okresie świątecznym lepiliśmy nawet 10 tys. uszek. Dziś nie można nawet o tym marzyć - wspomina.

Mimo wszystko, choć wiele mówi się o redukcjach etatów w gastronomii, w „Pierożku” nie planuje się żadnych zwolnień. Bar zatrudnia obecnie dziewięć osób, od wielu lat tych samych. Każda z nich najbardziej ubolewa nad tym, że nie może ugościć klienta „u siebie”.

Najgorszy rok w historii baru

- Wiadomo, że jedzenie na wynos to nie to samo. Kiedy był kontakt z gośćmi, można było zamienić kilka słów. Przez lata wypracowaliśmy sobie taki rodzinny klimat, który wszyscy pamiętają. U nas tak samo jak czterdzieści lat temu ciągle stoi ogromny garnek, w którym na pieluszce parują kluski. To są cały czas te same przepisy, z których gotowała moja mama. Myśleliśmy, że przed świętami będzie już lepiej, przygotowaliśmy nawet świąteczne dekoracje, a teraz nie wiadomo co będzie. To nas najbardziej boli, że nie możemy nakarmić ludzi u siebie - ubolewa właścicielka kultowego baru.

Choć „Pierożek” już od ponad czterech dekad wpisany jest w pejzaż bielskiego Rynku, to właścicielka baru mlecznego mówi wprost - tak trudnego roku jeszcze nie było.

- Zdecydowanie jest to najgorszy czas w całej naszej historii. Przetrwaliśmy remont Rynku, kiedy praktycznie nie dało się do nas dostać. Przetrwaliśmy różne zawieruchy polityczne. Teraz również chcielibyśmy przetrwać. Chciałabym utrzymać funkcjonowanie „Pierożka” jak najdłużej. Pojawiają się głosy, że moglibyśmy rozszerzyć menu, coś pozmieniać, dopasować się, ale ja nie chciałabym niszczyć charakteru tego miejsca. Komuś może się wydawać, że mamy staroświecki wystrój czy że menu jest przestarzałe, ale dla mnie właśnie to wszystko tworzy klimat baru. Strach jest ogromny, nie wiadomo co przyniesie czas, ale nie poddajemy się - zapewnia pani Katarzyna.

Adam Kanik