Śmierć w czasach zarazy. Długie oczekiwanie na wizytę koronera
Specjalne procedury, zwłoki w podwójnym worku, trumna zamknięta na stałe - z taką rzeczywistością spotykają się rodziny, którym Covid-19 zabrał najbliższych. Bielszczanka czekała długie godziny aż do jej drzwi zapuka osoba upoważniona do stwierdzenia zgonu. Jest to lekarz nieoficjalnie zwany koronerem.
Pani Zofia z Bielska-Białej miała pecha. Jej mąż zmarł w domu podczas kwarantanny, zakażony koronawirusem. W normalnych warunkach rodzina nie czekałaby długo na przyjazd lekarza, który mógłby stwierdzić zgon, a zakład pogrzebowy zabrać z domu zwłoki.
- To okropne przeżycie - nie ukrywa nasza rozmówczyni. - Do teraz trudno mi się z tego otrząsnąć. Tak naprawdę to cała ta procedura nie pozwala mi w sposób normalny zacząć żałoby, bo ciągle widzę mojego męża leżącego w łóżku… To okropne czekanie aż wreszcie ktoś się pojawi i powie: - Tak, przykro mi, mąż nie żyje… - opowiada.
Bielszczanka czekała długie godziny aż do jej drzwi zapuka osoba upoważniona do stwierdzenia zgonu. - Jest to lekarz nieoficjalnie zwany koronerem - wyjaśnia Alina Kucharzewska, rzecznik wojewody śląskiego. - Mamy ich w województwie pięciu, w tym dwóch na południu regionu. A ponieważ zgonów związanych z Covid-19 wciąż przybywa, koronerzy dwoją się i troją, by dokonać procedur. Rodzinę czeka jeszcze pogrzeb z kolejnymi obostrzeniami.
- Nasi pracownicy muszą ściśle przestrzegać procedur. Ubrani w kombinezony odbierają wówczas zwłoki, które obowiązkowo wkładane są w podwójny worek. Nie ma, tak jak w przypadku tradycyjnego pochówku, ubierania zwłok, nie ma możliwości wystawienia zwłok do oglądania przez rodzinę - opowiada pracownik zakładu pogrzebowego „Ostatnie Pożegnanie”.
Więcej o śmierci w czasach zarazy pisze nowa „Kronika Beskidzka”. Papierowe wydanie pojawi się w sprzedaży jak zawsze w czwartek, natomiast e-wydanie można kupić TUTAJ.
KJ
Oceń artykuł:
3 38