W ostatnim czasie głośno było o przypadkach turystów, których w Beskidach ukąsiły żmije zygzakowate, jedyne jadowite węże naturalnie występujące w Polsce. Zagrożenie ze strony tych gadów jest często demonizowane i obrośnięte... jadowitymi mitami.

Żmija zygzakowata, szczególnie w słoneczne dni, to częsty „towarzysz” wędrówek po Beskidach. To właśnie tam najczęściej dochodzi do ukąszeń - ostatnio dziecka i osoby dorosłej, o czym rozpisywały się nawet ogólnopolskie media. Bywa, że nieostrożny piechur nadepnie na żmiję lub stanie tuż obok. Wygrzewającego się węża - z uwagi na to, że dobrze się kamufluje - trudno z oddali wypatrzyć. Wystarczy więc chwila nieuwagi, by mieć spotkanie z tym gadem.

Leśnicy od lat przekonują, że nie taka żmija straszna, jak ją malują. - Urosła nawet do rangi śmiercionośnego potwora, który czyha na ludzi w zaroślach. Prawda jest dużo łagodniejsza. Żmija zygzakowata to mieszkaniec naszych lasów i jest pod ochroną. Dlatego dajmy jej żyć i traktujmy ją jako jednego z leśnych sąsiadów - apelują leśnicy. Jak dodają obrazowo, żmija to nie... kangur. - Nie skacze na pięć metrów, by nas ukąsić. Nie czeka za pniem, by zaatakować. Nawet nas nie słyszy, tylko wyczuwa drgania, dlatego czasem tak późno się oddala - wskazują.

O tym, jak uniknąć ukąszenia, jak się zachować, gdy już do tego dojdzie i jak wygląda leczenie, opowiedzieli lekarze ze Szpitala Pediatrycznego i Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, którzy pomagają ukąszonym pacjentom. Obszerny artykuł na ten temat znalazł się w wydaniu tygodnika „Kronika Beskidzka” z 1 października.

mk

Foto: Marcin Kałuski