Przez 22 lata był naczelnikiem Beskidzkiej Grupy GOPR. Teraz szefuje jej wszystkim oddziałom. O miłości do gór, pasji, która jest nieodłącznym elementem pracy ratownika górskiego, a także zdobywaniu szczytów w Beskidach i Himalajach rozmawiamy z Jerzym Siodłakiem.

Jurku, czy Ci nie żal Beskidów?

- Jestem wciąż związany z górami. Ta zmiana warty, która się odbyła przed kilkoma miesiącami, była naturalną sytuacją (…). Przekazanie warty odbyło się w warunkach pokojowych. Było mi bardzo miło i nie ukrywam, że byłem bardzo zaskoczony sposobem i oprawą pożegnania w Bielsku-Białej.

Mieszkasz w Starym Bielsku, a pracujesz teraz na co dzień w Zakopanem.

- (…) Tak to sobie wszystko poukładałem w pracy i w domu, że wyjeżdżam w poniedziałek rano i wracam w piątek. Z tym, że bywa różnie. Wszystko zależy, ile spraw jest do załatwienia.

Zmiana pracy i opuszczenie Beskidów po tylu latach chyba niesie za sobą określone emocje?

- Długo się wahałem przed podjęciem ostatecznej decyzji. W grę wchodziło kilka czynników. Zastanawiałem się nad tym, czy podejmować kolejne wyzwania. Szybko się przekonałem, że jest ich całkiem sporo.

Jak to się stało, że chłopak z samego serca Śląska dociera na górskie szczyty?

- Od zawsze miałem sentyment do gór. Szczególnie do Beskidów. Urodziłem się na Śląsku w mieszanej rodzinie. Jak to się mówi, jestem basztardem. To takie określenie w hodowli kanarków na ptaka, który jest skrzyżowaniem kanarka ze szczygłem. Mój tata pochodził spod Krakowa, a mama była związana ze Śląskiem. Historia mojego rodu jest równie skomplikowana, co innych osób pochodzących z tego regionu. Góry pokochałem od razu.

Całą rozmowę z byłym wieloletnim naczelnikiem Grupy Beskidzkiej „GOPR” można przeczytać w „Kronice Beskidzkiej”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika trafi do sprzedaży w czwartek. E-wydanie jest dostępne TUTAJ.

WM