Niedzielny poranek. Kiedy jedni przestawiają budzik, by móc odespać tydzień, inni nastawiają go jeszcze wcześniej. Miasto leniwie budzi się do życia, a tymczasem w okolicy jednego z najtłoczniejszych rond w Bielsku-Białej zbiera się grupka młodych mężczyzn. Po chwili kąpią w się lodowatej wodzie. Takich jak oni jest na Podbeskidziu coraz więcej.

Zanim wejdą do wody, biegają w dresach wzdłuż chodnika, podskakują, robią skłony, pompki, rozciągają się i rozgrzewają mięśnie. Po kilkunastu minutach kontynuują ćwiczenia, ale mają na sobie już tylko krótkie spodenki i buty. Zakładają rękawiczki oraz czapki i gęsiego schodzą po schodkach na wale wprost do odrobinę wzburzonej w okolicach progów Białej.

Zapada cisza, nikt się nie odzywa, najpierw wchodzą po kolana, później po pas, kierując się tam, gdzie woda jest najgłębsza. Wreszcie wchodzą po pachy, ręce splatają nad głowami. Przemieszczają się w wodzie, śmieją i planują popołudnie. - To nasza ekipa morsów, można by rzec, że rodzinna, bo jest mój teść, jeden szwagier, drugi szwagier i reszta chłopaków. Dziś rano byliśmy już w Wapienicy, teraz jesteśmy tu, a później jedziemy do Wisły. I tak rozpoczynamy każdą niedzielę w sezonie, a jest to już trzeci nasz wspólny sezon - opowiada Artur Droździk.

Co takiego jest w morsowaniu, że przyciąga coraz więcej osób i to w różnym wieku? O tym pisze nowa „Kronika Beskidzka”. E-wydanie jest dostępne TUTAJ.

WM