Każde zwierzę zasługuje na pomoc. Ale miasto nie pali się do współpracy
- Rano muszę nakarmić np. setkę zwierząt, które przechodzą w ośrodku rehabilitację, tymczasem dzwoni telefon z prośbą o pilny przyjazd, bo gdzieś tam na poboczu leży potrącona, ranna sarna. Jestem sam, więc muszę z czegoś zrezygnować. Najczęściej z karmienia, bo ważniejsza jest szybka pomoc cierpiącemu zwierzęciu - mówi Sławomir Łyczko, który wraz z żoną Agnieszką prowadzi Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Mysikrólik”.
Ratujecie dzikie zwierzęta już blisko dziesięć lat. Od pięciu jako „Mysikrólik”. I tak naprawdę tylko we dwójkę. Jak dajecie radę?
Agnieszka: - Nabraliśmy doświadczenia przez te lata. W ciągu dnia pracuję poza ośrodkiem, więc cała robota spada na Sławka. Ale to twardy facet.
Sławek: - Nie taki znowu twardy (śmiech). Są dni, że mam wszystkiego dosyć. Całe szczęście, że czas nie stoi w miejscu i w końcu nadchodzi popołudnie, kiedy Agnieszka wraca i mam już solidnego pomocnika. Poza tym od czasu do czasu pomagają nam wolontariusze.
Pytam nie bez powodu, bo wiem, że już od wielu miesięcy próbujecie zasugerować bielskim władzom, aby nawiązały jako miasto jakąś oficjalną formę współpracy z „Mysikrólikiem”. W końcu obsługujecie, jeśli tak można powiedzieć, teren gminy.
Agnieszka: - To prawda. Sławek jeździ nie tylko do zgłoszeń rannych zwierząt z naszego terenu, ale niemal po całym byłym województwie bielskim. Nasze miasto jednak nie pali się do pomysłu współpracy.
Cała rozmowa z Agnieszką i Sławomirem Łyczko w nowej „Kronice Beskidzkiej”. Od czwartku w sprzedaży.
WM
Oceń artykuł:
63 17