Rosjanie na bielskim cmentarzu. Aby nigdy żadne imperium nas nie „wyzwalało”
Kilkanaście dni temu na cmentarz żołnierzy radzieckich w Bielsku-Białej przyjechała delegacja ataszatu wojskowego Ambasady Rosji w Warszawie. Towarzyszyli im przedstawiciele rosyjskiego konsulatu z Krakowa. Cel wizyty opisał red. Bartłomiej Kawalec w artykule Rosjanie pobiorą ziemię z bielskiego cmentarza. Zgoda wojewody. Przypomnę, że chodziło o pobranie garści ziemi z terenu cmentarza.
Rosjanie w przededniu 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej (dla nich „wielkiej wojny ojczyźnianej”) zbierają symboliczną ilość ziemi z nekropolii żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polegli w drodze do Berlina. Owa ziemia ma stanowić część pomnika w Moskwie. Rosyjska delegacja posiadała pozwolenie wojewody śląskiego.
Wiele emocji w komentarzach
cmentarzy wojskowych obcych armii regulują przepisy międzynarodowe. Zatem można by zamknąć temat i powiedzieć, że nic nam do tego, to znaczy do rosyjskiego projektu „Drogi pamięci”. Poza tym Rosjanie nie przyjmują do wiadomości, że ich armia wcale nie przyniosła wolności narodom Europy Środkowo-Wschodniej. Trudno im także poradzić sobie z prawdą, że boleśnie ogromna ofiara szacowana od 8,6 do 11,4 mln żołnierzy często nie wynikała z niemieckiej skuteczności w zabijaniu, ale pogardy radzieckich władz politycznych i wojskowych dla krwi podkomendnych.
Zredaguję jednak kilka refleksji także z powodu, że rzecz wzbudziła emocje w komentarzach pod wspomnianym artykułem bielskiego portalu. Dyskusje nie dziwią, ponieważ od 1717 roku wisi nad Polską cielsko imperium rosyjskiego, które raz za razem się na nas zwala albo chce nam meblować władzę polityczną, aby ta władza dla jego pożytku rządziła ludnością „Priwislanskiego Kraju”.
Zdobywając się na dystans, nie możemy mieć do Rosji w jakimkolwiek wydaniu (carskim, bolszewickim, putinowskim i jakim jeszcze nadejdzie) pretensji o to, co powyższe. W drugiej części „Ojca Chrzestnego” Michael Corleone mówi: „To nic osobistego, Sonny. To czysty biznes”. Czy na miękko, czy na twardo, czy w mniej, czy bardziej zawoalowanej formie, strategicznym interesem Rosji (Niemiec zresztą także) jest kontrolować szyjkę butelki umiejscowioną między Bałtykiem a Karpatami. Proszę wybaczyć, że w odpychający nieco sposób nazwałem przestrzeń, w której żyjemy, czyli nasz wspaniały polski mikrokosmos. Z punktu widzenia Moskwy jest to najlepszy bufor, służący ochronie obszarów rdzeniowych Rosji, a zarazem jej lotniskowiec przycumowany do wybrzeży Europy Zachodniej.
Obszar operacji wojskowych
Jeśli Polacy byli kontrolowani przez Moskwę, to nie służyło to nigdy ich rozwojowi. I nie chodzi mi tu o wynaradawianie czy ekonomiczną i kolonialną eksploatację. Po prostu, w polityce rosyjskiej nasza życiowa przestrzeń przede wszystkim brana jest pod uwagę jako obszar operacji wojskowych. Kwestie dobrostanu społeczeństwa schodzą na dalszy plan, co jest zresztą typowe także dla rosyjskiej polityki wewnętrznej.
Jakie wydarzenie miało miejsce w przywołanym wyżej 1717? Otóż 1 lutego w Warszawie przez kilka godzin obradował tzw. Sejm Niemy. Odbywało się to pod presją stacjonujących w Rzeczpospolitej wojsk cara Piotra I. Rzeczpospolita na dobre przegrała z Moskwą rywalizację o pomost bałtycko-czarnomorski, mający kapitalne znaczenie dla obu podmiotów politycznych ze względów ekonomicznych i tworzenia głębi strategicznej. Od tego momentu liczymy utratę suwerenności kraju, co kilkadziesiąt lat później przypieczętowały rozbiory.
Polscy politycy stawali się marionetkami obcych stolic. Nasze elity przestały rozumować kategoriami mocarstwa regionalnego, ale peryferii zredukowanych do roli półkolonii. Kiedyś miały rozmach i o swoim państwie myślały z dumą, bo polski oręż, hard power, budził respekt wrogów ojczyzny, a soft power, to znaczy rodzima kultura materialna i niematerialna - w tym polityczna - miała moc przyciągającą. Obecnie polska kultura nie pełni takiej roli wśród nacji na wschód od Bugu i wręcz nie istnieje w ich świadomości.
Kończy się na naszych oczach
W 1989 dopłynęliśmy - jak się zdawało - do wyspy dobrobytu i bezpieczeństwa, otrzymując w naszym mniemaniu rekompensatę za Jałtę. Niektórzy nadal sądzą, że było to dane na zawsze. Niestety, nie jest to prawda, bo trzydziestoletnia pauza geopolityczna i tzw. konstruktywistyczny ład gwarantowany przez USA kończy się na naszych oczach.
W którym miejscu historii jesteśmy? Popsuję świąteczny nastrój i użyję w opisie głównie pesymistycznych akcentów. Kto będzie potrzebował odtrutki odsyłam do optymistycznych wizji politologa George’a Friedmana oraz ostatniego raportu Jamestown Foundation „Jak obronić kraje bałtyckie?”.
Nowa Jałta za chwilę może zaświtać na horyzoncie. Kluczem dla zachowania imperialnej potęgi Ameryki jest wygrana w rywalizacji z Chinami, a zatem zachodni Pacyfik, a nie pomost bałtycko-czarnomorski. Ten może być sprzedany Rosji w zamian za wolną rękę na Dalekim Wschodzie. Niezależnie od tego niemiecko-rosyjski sojusz strategiczny - choćby niepisany i niezinstytucjonalizowany - jest dla mnie oczywisty. Przejawem jest Nord Stream I oraz II. Skutkiem może być podział między tymi państwami akcji spółki o nazwie Polska.
Aby imperium nas nie „wyzwalało”
Nasza armia nie potrafi, przynajmniej na razie, samodzielnie obronić biologicznej substancji narodu i zagwarantować jego niepodległości, a sojusze militarne mogą okazać się nic nie warte jak w 1939. Polska gospodarka i kultura nie posiadają wzorem XVI wieku atrakcyjnej siły przyciągającej.
Czy jako naród jesteśmy w stanie zmierzyć się z tym stanem rzeczy? Proszę nie myśleć, że chodzi mi o restaurację dawnej potęgi Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Chodzi o to, czy jednostki, prywatne i publiczne firmy, instytucje państwa polskiego oraz całe społeczeństwo są gotowe na wielkie projekty na nizinie środkowoeuropejskiej, kierując się priorytetem ochrony i rozwoju substancji biologicznej, materialnej i kulturalnej narodu? Czy na własny rachunek jesteśmy w stanie włączyć się do gry w realiach erozji ładu międzynarodowego.
Po co? Po to, aby przestać być rozgrywanym przez innych oraz budować wiele barier i buforów dla ochrony rdzenia państwa polskiego w wymiarach geograficznym, biologicznym, materialnym i kulturowym. Także po to, aby leżące na wschodzie imperium już nigdy nie wybierało nam królów, namiestników i premierów, nie wkraczało do nas ani nas nie „wyzwalało”.
Janusz Buzek
Oceń artykuł:
22 42
Autor: Janusz Buzek
Polityk ugrupowania "Porozumienie", radny Rady Miejskiej Bielska-Białej
Komentarze 19
Panie Januszu po to aby przestać być rozgrywanym przez innych trzeba zacząć od siebie. Problemem Polski nie są obce mocarstwa, ale sami Polacy. Sami na siebie, co jakiś czas, sprowadzamy hekatomby, nieudane powstania, rozbiory czy wojny. To że ktoś nas co jakiś czas najeżdża wynika z tego, że jesteśmy wtedy słabi i po prostu wykorzystuje sytuację (i wcale się mu nie dziwię). A jesteśmy słabi tylko i wyłącznie z jednego powodu - szeroko pojęta prywata, czyli dbanie tylko o własny interes i brak widzenia świata dalej niż czubek własnego nosa.
Ruskich się nie lubi u nas nie za to, że gdzieś tam był jakiś zabór. Ich się nie lubi za ich wyczyny od 1945 roku.
Wielka Smuta w Wielkim Księstwie Moskiewskim się skończyła i karta się odwróciła.
W XVII wieku Polacy zajęli Moskwę a w wieku XVIII Polska przestała istnieć i w końcu granica Rosji była za Łodzią.
Ciekawa historia oj ciekawa.
Tzn co Pan chciał przez to napisać? Jakie to "wielkie projekty" miał Pan na myśli?
Poważnie pytam i proszę o poważną i merytoryczną odpowiedź bo na pewno niejeden czytelnik tego portalu został, podobnie jak ja - zaciekawiony.
Poza tym zwrot "substancja biologiczna" delikatnie rzecz ujmując - nie brzmi zbyt dobrze .
Nawiasem mówiąc nawet serwis google nie potrafi znaleźć nic na ten temat.

Klauzula informacyjna ›