- Urodziłam się przy placu Żwirki i Wigury, wszyscy tutaj mieszkali, przy dawnej mijance tramwajów. Wiadomo, że po wojnie to władze komunistyczne przydzielały mieszkania. W naszym był wspólny przedpokój. Po lewej było wejście do Edelmanów, na wprost do nas, czyli do Schreiberów, a na prawo było mieszkanie rodziny Kulków. Dzieliliśmy z Edelmanami łazienkę i kuchnię. Pani Edelmanowa była Żydówką ze Wschodu, więc moja mama uczyła się gotować od niej.

Z Dorotą Wiewiórą, przewodniczącą Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Bielsku-Białej, rozmawia Agnieszka Ściera-Pytel

Interesuje mnie pani życie. Czy pani jest Żydówką?

- Nie inaczej.

U Schreiberów z placu Żwirki i Wigury

Jak się pani uchowała w Polsce? Wielu bielskich Żydów po wojnie w 1957 musiało uciekać do Izraela.

- Praktycznie cała rodzina mojego taty i wiele innych rodzin wyjechało w 1957 roku. Zostały w Bielsku-Białej głównie te rodziny, które były wymieszane, czyli małżeństwa nie stricte żydowskie. Praktycznie państwo izraelskie zbudowali Żydzi z Polski. Kneset na początku swojej działalności brzmiał po polsku. Mój ojciec ożenił się w 1949 roku z Wisią Eberson, pochodzącą z rodziny żydowskich adwokatów. Nie wiem, jak przetrwali wojnę, ale uchowała się cała rodzina. Natomiast mój ojciec przyjechał tutaj z Krakowa. Pradziadek był rabinem w gminie żydowskiej w Krakowie. Tato jeszcze przed wojną przyjeżdżał do Bielska do stryja Josefa Schreibera (tak brzmi moje panieńskie nazwisko). Stryj miał przedsiębiorstwo przewozowe na Sikorniku. Ojciec przyjechał do Bielska, myśląc, że może część tej rodziny bielskiej się uchowała. Z całej ponad siedemdziesięcioosobowej rodziny uratowali się tylko mój tata Aleksander, jego brat Gustaw i jedna kuzynka - Pola Lewkowicz. Ojciec skończył tu razem z bratem czteroletnią szkołę dla przyszłych włókienników. I trzeba było budować socjalizm. Rodzina Ebersonów, widząc, co się dzieje, zamierzała wyemigrować do Izraela. Dostali pozwolenie na wyjazd z obydwiema córkami (jedna z nich była żoną mojego taty). Natomiast mój ojciec i mąż drugiej siostry nie dostali pozwolenia. Bo ktoś ten socjalizm musiał budować. Ebersonowie wyjechali, mając nadzieję, że po pewnym czasie mężowie w końcu dotrą. Ale tak się nie stało. Życie toczyło się dalej. Kiedy mój ojciec pracował już w zakładzie włókienniczym, poznał moją mamę i pobrali się.

Pani mama nie była Żydówką, jak sobie poradziła chociażby z gotowaniem koszernych potraw?

- Urodziłam się przy placu Żwirki i Wigury, wszyscy tutaj mieszkali, przy dawnej mijance tramwajów. Wiadomo, że po wojnie to władze komunistyczne przydzielały mieszkania. W naszym był wspólny przedpokój. Po lewej było wejście do Edelmanów, na wprost do nas, czyli do Schreiberów, a na prawo było mieszkanie rodziny Kulków. Dzieliliśmy z Edelmanami łazienkę i kuchnię. Pani Edelmanowa była Żydówką ze Wschodu, więc moja mama uczyła się gotować od niej.

Wychowanie w judaizmie

Jak wyglądał ślub rodziców?

- To był ślub cywilny. Ja także nie mam męża Żyda i także mam ślub cywilny. Moja córka podobnie. W Bielsku-Białej dzięki wielokulturowości nigdy nie było z tym problemu. W okresie międzywojennym było tutaj sporo małżeństw mieszanych, m.in. ewangelicko-żydowskich. Poza tym jak ja chodziłam do szkoły, to religii w niej nie było. W związku z tym nie było stygmatyzowania, kto chodzi na religię, a kto nie.

Pani wnuczek w jakiej wierze jest wychowywany?

- Oczywiście w judaizmie.

Jak jego rówieśnicy podchodzą do niego w szkole?

- W ogóle nie są zainteresowani tym, że on nie chodzi na religię. Ja myślę, że dla dzieci to nie ma znaczenia. To dorośli robią z tego problem i próbują dzielić naród. Dziecko myśli w kategoriach: ktoś jest fajny albo nie, a to, czy ktoś chodzi do kościoła, czy nie, w tym wieku nie ma najmniejszego znaczenia. Ja jako dziecko i młoda dziewczyna nigdy nie spotkałam się z ostracyzmem. Przecież zanim rozpoczął działalność FIAT, Bielsko-Biała to było małe miasto i trudno było ukryć swoje pochodzenie. Wszyscy wiedzieli, kto jest Żydem. Mój ojciec, który wyglądał jak pięciu Żydów do kupy wziętych, do emerytury zachował swoje stanowisko w zakładzie włókienniczym. Kiedyś wszyscy jeździliśmy na kolonie żydowskie. Po 1968 to się skończyło. Dopiero po 1989 roku mogliśmy znowu się otwarcie spotykać.

Gmina nie jest zasobna

Ilu członków liczy bielska gmina żydowska?

- Obecnie jest 60 członków. To są osoby zamieszkujące obszar byłego województwa bielskiego. Mamy członków w Cieszynie, Skoczowie, Andrychowie, w Pszczynie (mają bliżej do Bielska-Białej niż do Katowic). W naszej gminie nie ma nowych członków, tak jak chociażby w Warszawie, gdzie jest dużo członków konwertytów. My znamy się od zawsze. Większość z nas to emeryci. Gmina nie jest zasobna, ale jak możemy, tak sobie pomagamy.

Wydarzenia, które organizujecie w gminie żydowskiej, można śledzić na Facebooku.

- Owszem, i co mnie cieszy, nie spotykamy się z hejtem! Ja już prawie 30 lat prowadzę tę gminę i pamiętam, różne były władze. Raz bardziej, raz mniej przychylne. W dalszym ciągu choćby nieuregulowane są sprawy mienia po gminie żydowskiej, nie tego prywatnego, tylko tego, które do 1 września 1939 roku było własnością gmin żydowskich lub też innych stowarzyszeń prawnych i służyło celom religijnym, charytatywnym, edukacyjnym. Każde wyznanie w Polsce, na podstawie obowiązujących przepisów, mogło prowadzić restytucje swojego mienia. Nasze sprawy ciągną się od 1998 roku i nie wiadomo, jaki będzie ich finał.

Jak wyglądają wasze spotkania? Czy to nabożeństwa?

- Nabożeństw szabatowych nie ma. Dlatego że nasza gmina jest mocno sfeminizowana. W związku z powyższym nie ma minianu, czyli dziesięciu dorosłych mężczyzn, a tylko w takim wypadku może się odbywać modlitwa. Natomiast przyjeżdżają do nas rabini, a nawet rabinka, bo mamy już rabinkę zreformowaną w Warszawie, na duże święta - Pesach, Purim czy Chanukę. Przy czym u Żydów jest tak, że żeby mogła się odbyć modlitwa, nie musi być rabina. Ważne jest, aby był ów minian i żeby był mężczyzna, który potrafi się modlić i potrafi utrzymać porządek modlitwy.

Z udziałem polskich przyjaciół

A który rok teraz mamy?

- 5780. Bo u Żydów czas się liczy od powstania świata. Mało tego, kalendarz żydowski oparty jest na fazach księżyca i dlatego my bez kalendarza nie możemy się obyć, bo Nowy Rok raz wypada we wrześniu, a innym razem w październiku. U Żydów Nowy Rok ma zupełnie inne znaczenie niż Nowy Rok dla reszty świata. Jom Kipur to święto, w którym rozmyślamy o przeszłym roku, wspominamy zmarłych, kogo należy przeprosić, komu zrobiliśmy krzywdę. I Najwyższego się prosi, abyśmy zostali dobrze zapisani w Księdze Żywota na następny rok. Wtedy Żydzi poszczą, cały Izrael stoi, samoloty nie latają, nikt nie jeździ, nawet turyści nie odważą się wyjechać. Jedynie co, to karetka pogotowia albo policja. Oczywiście ci pobożni Żydzi modlą się w synagodze. Natomiast reszta społeczności, tej mocno zasymilowanej, urządza pikniki, jeździ na rowerach.

Co zostało z tych starych tradycji?

- W naszej gminie spotykamy się na wszystkie kolacje świąteczne. Prowadzimy bardzo dużo działań edukacyjnych skierowanych do młodzieży polskiej. Zresztą wszystkie nasze wydarzenia promocje, odczyty książek, no po prostu wszystko - z wyjątkiem oczywiście świąt, bo te spędzamy w swoim gronie - odbywa się z udziałem naszych polskich przyjaciół. Oczywiście z rodzinami, które są mieszane.

Czy obrzezanie nadal jest kultywowane?

- Ale oczywiście, że tak. Żaden pobożny Żyd nie może nie być obrzezany.

Pani córka także kultywuje tradycje żydowskie?

- Tak, ona jest z pokolenia tej odnowy życia żydowskiego. Zawsze jeździła na kolonie żydowskie, teraz jeździ na wczasy dla rodzin z dziećmi żydowskimi. Mój wnuk w przyszłym roku pojedzie na swoją pierwszą kolonię żydowską. Starsza młodzież, która ukończyła 14 lat, jeździ już do Izraela, żeby poznać kraj przodków, i tam ma kontakt z Żydami nie tylko izraelskimi, ale też z całego świata, to świetnie się sprawdza w dalszych kontaktach.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Ściera-Pytel (2BStyle)

Foto: Anita Szymańska

Magazyn 2BStyle jest partnerem medialnym portalu bielsko.biala.pl