Piotr Sz., były funkcjonariusz Straży Miejskiej w Bielsku-Białej podejrzany o zamordowanie swojej ciężarnej żony, okazał się człowiekiem niegodnym noszenia munduru. Chwilę po tym, gdy okazało się, że wszystkie tropy związane z zabójstwem wskazują na niego, a informacja ukazała się w mediach, na strażników miejskich wylała się fala hejtu. Jak sobie z tym poradzili? Z komendantem bielskiej Straży Miejskiej Grzegorzem Gładyszem rozmawia Kuba Jarosz.

Jak Pan i Pańscy podwładni przyjęliście wiadomość o tym, że ktoś, kogo uważaliście przez lata za kolegę w pracy jest podejrzany o najcięższą ze zbrodni?

- To był z pewnością wielki szok i niedowierzanie, dosłownie. Z czymś takim nie da się oswoić w parę minut, godzin, czy nawet dni. Pewnie nigdy.

Potrzebna była jakaś pomoc, rozmowa z Pana podwładnymi?

- Tak. Skorzystaliśmy z pomocy psychologów, którzy tłumaczyli, jak radzić sobie z emocjami w takich chwilach.

Bezpośrednio po tym, gdy do opinii publicznej przedostała się informacja o tym, że podejrzanym jest strażnik miejski w portalach społecznościowych zaroiło się od hejtu. Nie bał się Pan puszczać wówczas ludzi na ulicę? Do zakładania na przykład blokad?

- Będę z Panem szczery. Poprosiłem komendanta policji, aby przez jakiś czas policjanci wyręczali nas w niektórych sytuacjach, gdzie konieczne były interwencje. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, kiedy strażnicy mogliby doświadczyć agresji słownej czy fizycznej.

Cała rozmowa z komendantem Grzegorzem Gładyszem ukaże się w najbliższym wydaniu „Kroniki Beskidzkiej”. W sprzedaży od czwartku, 7 listopada.

bb