To miała być rozmowa o niej. O mamie z urzędu. O tym, jak to jest wychowywać cudze dzieci, a później się z nimi rozstawać. I tak też było. Ale w tle tej opowieści przewijał się wciąż mały Andrzejek, który rozdarł jej matczyne serce.

- To było pierwsze dziecko, które przyjęliśmy pod nasz dach w ramach zawodowej rodziny zastępczej - mówi Anna Kania z Bielska-Białej. - Z myślą o tym, że zostanie u nas aż do pełnoletności. Oboje z mężem byliśmy mocno wystraszeni i podekscytowani.

Andrzejek miał wtedy osiem miesięcy i wyglądał jak przysłowiowa kupa nieszczęścia. - Miał skórę, która wyglądała i w dotyku przywodziła na myśl papier - wzdycha nasza rozmówczyni. - No i te oczy… Miał opadające powieki i wyglądało to tak, jakby był niepełnosprawny umysłowo. W końcu oczy, to ponoć zwierciadło duszy. A jemu w te biedne oczy zajrzeć się prawie nie dało.

Co było potem? Cały artykuł w nowym wydaniu „Kroniki Beskidzkiej”, które pojawi się w sprzedaży tradycyjnie w czwartek.

bb