Zainteresowanie sklepem było ogromne, ale tylko na początku. Kilka dni temu pierwszy charity shop w Bielsku-Białej został zamknięty. Na profilu społecznościowym Sklep Charytatywny Fundacji Sue Ryder Bielsko-Biała 26 kwietnia zamieszczono informację: Uwaga od dziś sklep charytatywny nieczynny do odwołania . Placówka przy ul. Piastowskiej działała zaledwie kilka miesięcy, gdyż zabrakło w niej… kupujących.

Idea jest prosta - ludzie przynoszą to, co jest im niepotrzebne. Przedmioty zostają wycenione i wystawione na sprzedaż. Dochód z działalności sklepu przekazywany jest dla osób potrzebujących. Placówki promujące zasadę: podaruj, kup, pomagaj działają m.in. w Warszawie i Katowicach. W Bielsku-Białej jednak miejsca utrzymać się jej nie dało (o otwarciu sklepu we wrześniu ub. roku pisaliśmy w artykule Pierwszy sklep charytatywny w Bielsku-Białej: podaruj, kup, pomagaj).

Twarde prawa rynku

Jeden z pracowników bielskiej placówki wyjaśnił nam przyczyny zamknięcia sklepu. Osoba udzielająca informacji chce pozostać anonimowa. - Wszystkie pieniądze zarobione w placówce trafiały bezpośrednio na konto Fundacji Sue Ryder. Nie wspomagaliśmy jednego konkretnego celu, a wiele różnych. M.in. za pieniądze zarobione przez sklepy charytatywne został kupiony w ostatnim czasie bus do przewozu dzieci niepełnosprawnych. Wsparliśmy także domy seniorów - mówi.

Pracownik sklepu podkreśla, że właśnie dzięki działalności bielskiej placówki przynoszone tam przedmioty zyskiwały nowe życie. Inaczej byłyby na śmietniku. Przyznał, że ta inicjatywa jest obecna w Polsce od niedawna i potrzebuje czasu, aby zostać zrozumiana i dobrze się rozwinąć. - Na Zachodzie działa to tak, iż przynoszonych jest bardzo dużo rzeczy, ale jednak i dużo jest kupowanych - dodaje.

W Bielsku-Białej zabrakło kupujących. Prąd, woda i dwie zatrudnione osoby, to wydatki. - Panie ekspedientki nie były przez nikogo „podarowane”. To były koszty, które trzeba było pokryć. Sklep w Bielsku-Białej trzeba było zamknąć, ponieważ jego utrzymanie było za drogie w stosunku do przychodów - informuje pracownik.

Charity shop to nie ciucholand

Do bielskiej placówki przynoszono różne przedmioty. Jego pracownicy nie chcieli jednak, aby miejsce to traktowano jak ciucholand, gdzie kupuje się odzież po kilka złotych za kilogram. - Każda podarowana rzecz przed wystawieniem na sprzedaż została starannie przygotowana: prasowana, odświeżana, a nawet oddawana do krawcowej. Chodziło o to, aby wszystkie znalazły nowego właściciela - przyznaje nasz rozmówca. - Sklepy charytatywne istnieją na całym świecie. Jest wiele fundacji posiadających własne, pod swoją marką. I tak też było w przypadku bielskiego sklepu, który funkcjonował pod marką istniejącej już długie lata na rynku światowym Fundacji Sue Ryder. Za każdy przyniesiony do nas przedmiot jesteśmy bardzo wdzięczni. Jest nam miło, że tyle osób zaangażowało się w tę inicjatywę - podkreśla.

Zdarzało się, że dochodziło do nieporozumień. Jedna z czytelniczek portalu była niezadowolona z wizyty w sklepie, o czym poinformowała nas mailowo. Kobietę zainteresowała kurtka prezentowana na wystawie. - W sklepie okazało się, że kurtka kosztuje 80 zł. Odzież co prawda była firmowa, jednak i tak wydaje mi się, że to bardzo wysoka cena, jak za używaną rzecz. W dodatku placówka otrzymała ją za darmo. Pani pracująca w sklepie wyjaśniła, że nowa kurtka kosztuje ok. 200 zł. Stwierdziła, że 80 zł to dużo jak na charytatywny sklep, ale przecież z czegoś muszą się utrzymać - napisała pani Pamela.

Chcą dalej prowadzić sklep

Jej wątpliwości wzbudziło także to, że miejsce reklamowało się jako charytatywne, a nigdzie nie było widać śladu takiej działalności np. w formie informacji, do kogo trafiły fundusze ze sprzedaży podarowanych przedmiotów.

- To, że coś zostało do nas przyniesione za darmo nie oznacza, że mamy to oddawać także za darmo. Bo nie tędy droga w momencie, kiedy chcemy zarobić pieniądze dla fundacji, aby mogła realizować swoje cele statutowe. Jeżeli coś jest warte swojej ceny, nie jest to rzecz sfatygowana, zniszczona, to dlaczego mamy ją sprzedać po zaniżonej wartości? Sprzedawczyni miała rację. Kurtka była w tym momencie jednym z najdroższych towarów w sklepie. Większość rzeczy wystawiono po znacznie niższych cenach - tłumaczy przedstawiciel sklepu w odpowiedzi na zarzuty Czytelniczki.

Sklep w Bielsku-Białej jest obecnie nieczynny. Bielszczanie prowadzą jednak rozmowy z zarządem fundacji, bo chcą go dalej prowadzić. Na razie nie wiadomo, jaka zapadnie decyzja w tej sprawie.

***

Piotr Łuczak, dyrektor Fundacji Sue Ryder, w dniu otwarcia bielskiego sklepu mówił, że fundacja ma szesnaście domów wsparcia w całej Polsce, w tym hospicja, domy dla seniorów, a także dzieci z niepełnosprawnością. - Istnieje także możliwość zgłoszenia do nas osoby, która potrzebuje wsparcia. Wtedy wystarczy udokumentować problem, a my możemy przychylić się do prośby. Mamy co miesiąc spotkania, gdzie dokładnie analizujemy takie wnioski i w miarę naszych możliwości pomagamy i wspieramy - wyjaśniał.

Podkreślał również, że sklepy charytatywne są doskonałym miejscem do integracji lokalnej społeczności. Niestety, w Bielsku-Białej zabrakło jednego z ważniejszych elementów, które sprawiają, że idee charity shop mają sens - osób, które coś tam kupiły.

Anna Szafrańska