Targ przy ul. Lompy w Bielsku-Białej co prawda nie przypomina San Francisco, ale w ciągu ostatniego półwiecza mocno się w tym miejscu zmieniło. W rozmowie z portalem dawne czasy na targu wspomina najstarszy jego pracownik, Mieczysław Dziengiel z żoną Zofią. Dzisiaj oboje są przerażeni, że targowisko wystawione zostało na sprzedaż. Dla PSS to po prostu biznes, ale dla wielu miejscowych kupców to dużo więcej, to walka o przetrwanie.

O godz. 5.30 o tej porze roku i przy temperaturze - 7 st. C trudno wystać na wolnym powietrzu. Mimo to stoiska na targu powoli zapełniają się handlującymi. Na placu od strony ul. Cieszyńskiej stoją już kadzie z żywymi karpiami, obok kilkanaście miejsc, gdzie można kupić prawdziwe drzewka choinkowe. Z daleka wygląda to, jakby nagle wyrósł tu choinkowy las.

Prezydent buty schodził

Tuż przed wejściem na właściwy targ, za niskim stolikiem wypełnionym świątecznymi stroikami stoi zmarznięta starsza kobieta. To Zofia Dziengiel. Jej mąż Mieczysław wystąpił dzień wcześniej na sesji Rady Miejskiej z apelem o pomoc w ratowaniu targowiska wystawionego przez PSS Społem na sprzedaż.

- Tak my tutaj ustaliliśmy, wie pan, ci co handlują, że Mietek się tym zajmie, bo handluje tu najdłużej. Zaczynał jeszcze z ojcem - tłumaczy pani Zofia. - A ja zaczęłam razem z nim, jakieś trzydzieści pięć lat temu.

Przez ten czas pani Zofia zdążyła poznać, jak mówi, pół Bielska. - Kto tu nie przychodzi, panie drogi? - śmieje się i zaciera dla rozgrzewki dłonie. - Najznamienitszym gościem był oczywiście pan Krywult, wie pan, prezydent. On tu buty schodził. Ale teraz już od roku go nie widać. Czas wszystkich nas w końcu dopada, taa…

W mroźnym letargu

Pani Zofia na moment milknie zamyślona, a ja się zastanawiam, jakie zdrowie trzeba mieć, żeby tak stać godzinami na mrozie. Nie czuję już nóg, więc zaczynam dreptać w miejscu. Z tego mrożonego letargu wyrywa nas klient. Okazuje się nim oczywiście stały bywalec targowiska. - Gratulacje dla męża - mówi do pani Zofii. - Słyszałem, słyszałem. I popieram. Jak to zabiorą, to gdzie kupimy normalne warzywa?!

Dziengielowie handlują nie tylko kwiatami czy stroikami. W sezonie zajmują się głównie sprzedażą pomidorów i sałaty. - Mieszkamy w Komorowicach i mamy własne uprawy - wyjaśnia pan Mieczysław, który dotarł już na targ. - To zupełnie inny towar niż ten w dużych sklepach. Taki pomidor - podkreśla - albo jest dobry, ale miękki, albo twardy i bez smaku. W hipermarketach nie kupisz człowieku dobrego pomidora, bo miękkich nie przyjmują. Pogniotłyby się.

Trudno rozmawiać na mrozie, tym bardziej robić reporterskie notatki. Pan Mieczysław chyba to widzi, bo zabiera mnie do baru. Jest taki na targowisku „Cafe bar”. Prawdziwy, oldschoolowy można rzec, z parzoną kawą podawaną w szklankach w koszyczku. O tej porze to chyba jedyny czynny bar w centrum miasta.

Prawie 1,5 tys. podpisów

- Ten targ zakładał jeszcze mój ojciec razem z ówczesnym prezydentem Bielska, Szczepanem Jurzakiem - wspomina pan Mieczysław. - Zaraz po wojnie, w czterdziestym piątym. Wtedy to było zwykłe klepisko i parę stoisk na początek. Tak się to zaczęło. No a później przybywało handlujących i ludzie nauczyli się, że tutaj można kupić towar prosto od rolnika, ogrodnika. A teraz to wszystko może zniknąć.

Ludzie związani z targowiskiem, nie tylko ci, którzy sprzedają, ale może głównie klienci zaopatrujący się tutaj w warzywa, jajka, nabiał, kwiaty czy dziesiątki innych towarów nie wyobrażają sobie, aby targowisko zniknęło.

- Mamy już pismo do PSS-u - wyjaśnia Mieczysław Dziengiel. - Z podpisami blisko 1,5 tys. osób. Dzisiaj je dostarczymy. Prosimy w nim o wstrzymanie sprzedaży, bo nowy prezydent i radni obiecali, że spróbują nam jakoś pomóc. Może miasto kupi ten teren. To w końcu jest historia, tradycja no i miejsce dla tysięcy przewijających się tutaj bielszczan.

Kuba Jarosz

Foto: autor