Koncerty pod Dębowcem, czyli bielska kultura namiotowa - felieton
Bielska kultura, przynajmniej ta obliczona na masową widownię, przenosi się już chyba na stałe pod namiot. Może to dlatego, że klimat się ociepla, a może powodem jest fakt, że dla niektórych prowizorki, jak widać, są najlepsze.
Ponad dziesięć lat temu pod Dębowcem postawiono architektoniczny koszmarek mający spełniać zadanie hali widowiskowo-sportowej. Hala na pewno jest widowiskowa, ale od tej niekoniecznie przyjemnej strony. Jak wiadomo, koncertować w niej nie można, bo nie ma odpowiedniej akustyki. Wszelkie więc granie i śpiewanie dla odbiorcy masowego odbywa się w czymś, co ma udawać obiekt koncertowy.
Teraz jednak decydenci doszli do wniosku, że to coś jest zbyt małe i już stare, zatem postanowili zastąpić to czymś większym. Nowy namiot będzie duży, ale i dużo pieniędzy ma kosztować. Dwa miliony to w końcu sporo kasy. Myślę, że wykładać taką kwotę po to, aby kilka razy w roku coś w namiocie się działo, to chyba przesada. Wydatek wystarczy porównać do budżetu, jaki w 2019 roku otrzymać ma cały Wydział Promocji Miasta - o 800 tys. zł mniej.
Być może jednak jest w tym ukryty sens. Wszak mróz właśnie atakuje, a z nim smog. Normy zanieczyszczenia powietrza już są przekraczane, a co będzie dalej trudno dostrzec, bo przejrzystość powietrza dramatycznie ostatnio spadła. Dlatego zadaniem wspomnianego namiotu jest być może gromadzenie w swej olbrzymiej przestrzeni czystego, górskiego powietrza. A gdy już nie będzie czym oddychać, bielszczanie będą mogli masowo korzystać z dobrodziejstwa namiotu. Jakoś nie przychodzi mi do głowy inny powód.
KJ
Oceń artykuł:
12 15