Jest ostatnim żyjącym Cichociemnym. Specjalny wywiad z bohaterem
Aleksander Tarnawski jest niezwykle skromnym człowiekiem, który uwielbia zwierzęta i wędrówki górskie, o czym świadczą przyjęte przez niego wojenne pseudonimy - "Upłaz” i "Wierch”. Po śmierci pierwszej żony, ożenił się w 1987 z Elżbietą, doktor chemii, której rodzina mieszka w Bielsku-Białej. Podczas jednej z wizyt w naszym mieście portalowi bielsko.biala.pl udało się namówić go do specjalnego wywiadu.
Z kapitanem Armii Krajowej Aleksandrem Tarnawskim, ostatnim żyjącym Cichociemnym, rozmawia Agnieszka Pollak-Olszowska
Jak to się stało, że został Pan Cichociemnym?
- Na początku wojny, kiedy dostałem się na Węgry, skierowano mnie do obozu dla uchodźców. Stamtąd w grudniu 1939 przedostałem się do Francji, gdzie po zgłoszeniu się do WKU zostałem przydzielony do I batalionu piechoty 1. Dywizji Grenadierów. Od kwietnia 1940 szkoliłem się w Szkole Podchorążych Piechoty w polskim obozie wojskowym w Bretanii, którego komendantem był gen. Stanisław Maczek.
Skok z dziury w samolocie
Po upadku Republiki Francuskiej ewakuowano nas do Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia, gdy stacjonowałem w Szkocji, zjawił się pułkownik, który zapytał, czy miałbym ochotę wrócić do Polski. Bez wahania się zgodziłem. W rezultacie wezwano mnie do Londynu i stamtąd posłano na odludzie na szkolenie. Było bardzo pięknie: wodospady, góry, zieleń. Typowe ćwiczenia zaczynały się od skoku z pierwszego piętra. Potem było wspinanie się po linie, tor przeszkód, strzelanie, które do dzisiaj bardzo lubię. Były też wykłady o sytuacji w okupowanej Polsce. To szkolenie trwało około miesiąca.
Skakał Pan wcześniej na spadochronie?
- Nawet lot samolotem był wtedy ewenementem, nie tak jak dzisiaj. W Manchesterze było szkolenie spadochronowe. Najpierw lataliśmy samolotem z dziurą w kadłubie. Gdy zobaczyłem tę dziurę, pomyślałem, że w życiu nie skoczę, ale już na drugi dzień wyskoczyłem. Spadochron się otworzył i wtedy najbardziej podobała mi się ta niesamowita cisza dookoła. Do tej pory jest to dla mnie euforyczne doznanie. Kiedy parę lat temu w rocznicę skoczyłem znowu na spadochronie, też to poczułem. Po zakończeniu kursu była stacja oczekiwania. Był rok 1944. Czekało się na wylot.
Do dyspozycji dowództwa AK
Czasami Pan żartuje, że wojna to było dla Pana jedno wielkie oczekiwanie.
- To prawda. Jako młody człowiek byłem niecierpliwy, ale trzeba przyznać, że Anglicy dbali o żołnierzy oczekujących na wykonanie swoich zadań . Na stacji oczekiwania były tańce, whisky, a także specjalnie wyszkolone dziewczęta, które nie tylko dotrzymywały nam towarzystwa np. w tańcu, ale także prowadziły samochody.
Oczekiwanie w tak miłej atmosferze szybko się skończyło.
- Pewnego dnia popłynęliśmy do Algieru, a potem podróż koleją i znowu statkiem do Włoch. Po kilku godzinach lotu do Polski był skok. Było nas czterech. Baliśmy się. Gdyby człowiek niczego się nie bał, to by nie znał niebezpieczeństw. Skoczyliśmy w małej miejscowości pod Warszawą.
Co było najważniejsze podczas skoku?
- Najcenniejsze były pasy z pieniędzmi, które trzeba było przekazać na miejscu. Każdy skoczek musiał ich pilnować. Po wylądowaniu pojechałem kolejką wąskotorową do Warszawy i byłem do dyspozycji dowództwa AK. Dostałem tzw. ciotkę, czyli panią, która mnie oprowadzała po Warszawie, żebym zobaczył, jak wygląda sytuacja. Jakiś czas mieszkałem u rodziny przy ul. Mokotowskiej. Potem skierowano mnie do Świdra. W tym samym domu ukrywała się Żydówka, z którą chodziłem nocą na spacery. Była mi za to bardzo wdzięczna.
Do Warszawy po lodzie
W Warszawie nie pozostał Pan jednak do końca wojny.
- Następnie skierowano mnie do Baranowic, dokąd jechałem z żołnierzami Wehrmachtu na wschód. Całkiem wygodny to był wagon. Później dołączyłem do polskich partyzantów. Tam była też partyzantka sowiecka i dzikie bandy. Najgorszy był los miejscowych mieszkańców, których ciągle ktoś okradał z zapasów jedzenia. Zbliżał się front. Po niedługim czasie zjawili się Rosjanie, którzy rozbili partyzantkę.
Jak to to się stało, że nie wpadł Pan w ich ręce?
- Ludzie wiedzą o tobie tyle, ile sam im powiesz. Chciałem wrócić do Warszawy, ale tam było już powstanie i się nie dało. Udałem się do Lublina, a potem do Otwocka, gdzie pracowałem jako pomocnik szklarza. Pewnego dnia zerknąłem na Wisłę - Niemcy się wycofali. Do Warszawy przeszedłem po lodzie. Wrażenie było okropne. Puste miasto, ruiny, ani żywej duszy. Wszedłem na trzecie piętro zrujnowanego budynku i przenocowałem przy piecu w kuchni. Kiedy wracałem, zatrzymał mnie polski patrol i wzięto mnie na przesłuchanie. Ci z NKWD pytali, skąd jestem i dokąd idę. Wyglądałem wtedy jak żebrak i udawałem zagubionego, więc z politowaniem wypuścili mnie.
Spotkania w rocznicę utworzenia GROM
Jak ułożyły się Pana losy po wojnie?
- Pracowałem przy instalowaniu głośników ulicznych w Warszawie, potem też w Gdańsku. Moją pierwszą żonę poznałem jeszcze w czasie wojny. Miała na imię Henryka, była sanitariuszką AK. Pojechała na wojnę za synem, który niestety zginął podczas jednej z akcji. Uciekaliśmy razem po rozbiciu partyzantki przez Rosjan. Mówiła, że uratowałem jej wtedy życie, ale ja uważam, że to był przypadek.
Jeszcze przed wojną interesowałem się chemią. Dowiedziałem się, że moi rodzice wrócili do Chorzowa i też się tam przeniosłem, bo już zmarnowałem tyle lat i zacząłem studiować na politechnice w Gliwicach. Potem przez wiele lat pracowałem jako naukowiec na wydziale chemii tej uczelni.
Czy po wojnie utrzymywał Pan kontakt z innymi cichociemnymi?
- Jednym z moich towarzyszy był Gustaw Heczko, który pochodził ze Śląska Cieszyńskiego. Wtedy, gdy już można było się kontaktować, mniej więcej za czasów Gierka, spotykaliśmy się w Tarnowie i na Podhalu. Od założenia jednostki GROM przed 25 laty spotykaliśmy się raz roku.
Czym jest dla Pana patriotyzm?
- Według mojego przekonania, dane państwo tyle się liczy w świecie, ile ma bogactwa, a nie poległych, więc patriotyzm polega na tym, żeby ten majątek pomnażać swoją pracą w jak najlepszy sposób. Trzeba patrzeć realnie. Nie jestem żadnym bohaterem ani nie uważam się za szczególnie odważnego. Takich jak ja, były tysiące.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Agnieszka Pollak-Olszowska
Oceń artykuł:
41 9
Autor: Agnieszka Pollak-Olszowska
Dziennikarka portalu bielsko.biala.pl
Komentarze 3
Dla Czerwonych Beretów byłoby to wielkie przeżycie porozmawiać z żywą legendą!

Klauzula informacyjna ›