Według GUS, na początku lat 80. przeciętny mieszkaniec stolicy Podbeskidzia wlewał w siebie 9 l spirytusu rocznie. Choć napoje wyskokowe sprzedawano dopiero od godz. 13, choć na wódkę trzeba było mieć kartki, choć wszędzie wisiały hasła typu „W pracy bądź trzeźwy i wypoczęty”, wielu chodziło na rauszu. Po 1989 nie zaczęliśmy pić mniej - spożycie alkoholu sukcesywnie rosło, ale zmieniła się struktura i sposób jego konsumpcji. Wódka poszła w odstawkę, nastała epoka piwa.

W 1983, zaraz po Wielkanocy, Trybuna Robotnicza opisywała, czym podtruł się pewien bielszczanin: - Żurek plus osiem jajek, kilka porcji białej kiełbasy, miska sałatki, rolada mięsna razy dwa, pół kilo mazurka, dwie butelki piwa, flaszka wina i do tego litr czystej z czerwoną kartką. Gdy w sklepach wszystkiego brakowało, partyjni propagandyści dawali do zrozumienia, że nie jest wcale tak źle, że świąteczne stoły były suto zastawione.

Ważna pozycja w budżecie

Z kolei Panorama Śląska informowała: - Obywatel pozwany przez personel hotelowego lokalu przed kolegium karno-administracyjne bronił się, wygłaszając następujące oświadczenie: - Nie ukrywam, że wypiłem w święta 200 gramów, ale wina moja polegała na tym, że naraziłem na szwank dobre stosunki międzyludzkie z kelnerem, bo nie zakąsiłem, gdyż dostępne zakąski były lekko nieświeże. Relatywnie liberalna Panorama - w przeciwieństwie do ortodoksyjnej Trybuny - przemycała między wierszami fakt, że w socjalistycznej restauracji nie bardzo było co zjeść.

Zdaniem socjologów, alkoholizm obywateli PRL był najczęściej formą ucieczki od codziennej wegetacji przesyconej nudą. Wrażenia przeżywane w stanie upojenia musiały zastąpić nieosiągalne doznania, jak jazda własnym samochodem czy zagraniczna wycieczka. Walka z piciem - zwłaszcza wódki - była nieopłacalna. Wpływy ze sprzedaży stanowiły ważną pozycję w budżecie państwa.

Władze zdawały sobie jednak sprawę z wagi problemu. - Największym zagrożeniem jest alkoholizm - taki był wynik sondażu przeprowadzonego w Bielsku-Białej w 1984 przez krakowski Ośrodek Badań Prasoznawczych. Jako ostatnie, dwunaste zagrożenie, wymieniano bezrobocie.

Do ostatniej kropli wódki

Zwalczanie pijaństwa przybierało formy groteskowe. Trunki wolno było sprzedawać dopiero po godz. 13. W restauracjach odmawiano rano podawania gościom deseru lodowo-owocowego, ponieważ zawierał kilka kropel koniaku. Bielska prasa nazywała tę taktykę „bojem z alkoholizmem do ostatniej kropli”. W jednym z lokali w okolicach Rynku wódkę serwowano wyłącznie z zakąską, której rolę grał salceson. Miał wygląd tak odstręczający, że większość pijących nie brała go do ust, dzięki czemu ta sama porcja mogła być sprzedawana wielokrotnie.

Kwitło bimbrownictwo. Furorę robiły meliny, tj. całodobowe sklepy monopolowe - oczywiście, nielegalne. Mieszkańcy kamienicy przy ul. Koniewa, czyli obecnej Stojałowskiego, budzeni conocnym stukaniem w szybę, wykonali na frontonie napis: „Wszelkie pogłoski o tym, że tu sprzedaje się alkohol są nieprawdziwe. Melina jest dwa domy dalej”. Cały ten folklor zniknął, jak ręką uciął w roku 1989. Nastał wolny rynek.

Pub zamiast budki z piwem

W powojenny krajobraz Bielska i Białej mocno wpisały się budki z piwem. Były synonimem zła, a ludzi z nich korzystających utożsamiano z marginesem społecznym. Handlowano w nich cieczą, którą z prawdziwym piwem łączyła tylko nazwa. W butelkach niepasteryzowanego i często zwietrzałego napoju znaleźć można było różne niespodzianki. Zdenerwowani konsumenci przysyłali do redakcji prasowych znalezione w piwie niedopałki papierosów, zmumifikowane karaluchy, a nawet myszy.

Po 1989 jak grzyby po deszczu wyrosły najrozmaitsze bary piwne i puby. Diametralnie zmieniła się też kultura picia. Dziś w Bielsku-Białej mamy do wyboru i skromne sezonowe ogródki, i luksusowe lokale dla zamożnych. Piwo można pić w przerobionej na stylową restaurację piwnicy, w głośnej dyskotece, w spokojnym klubie, w rozśpiewanym barze z karaoke. Po prostu: dla każdego coś miłego. Niestety, nie wykształcił się na razie jakiś określony typ regionalnej piwiarni.

***

Przeciętny bielszczanin wypija rocznie więcej piwa niż przeciętny Europejczyk. Jeszcze w 1990 roku wódka stanowiła 65 proc. alkoholu konsumowanego w naszym mieście, teraz jest to niecała jedna piąta. Piwo stało się najbardziej „demokratycznym" i masowym trunkiem. Uważamy, że jest modne (prawie 60 proc. wskazań w sondażu SMG/KRC), sprzyja podtrzymywaniu przyjaźni (55 proc.), tworzy nową kulturę picia alkoholu (41 proc.). - Piwo uchodzi za napój młody, przebojowy, nowoczesny - twierdzą specjaliści od marketingu. I promują je na potęgę. Pijemy kulturalniej niż ćwierć wieku temu. Ale ośrodki odwykowe mają tyle samo roboty, co niegdyś.

Marek Zuliński

Foto: Józef Żak, archiwum autora.