Były dwa statki pływające po morzach z nazwą miasta Bielsko, o czym pisaliśmy ponad pół roku temu w artykule Bielsko na morzach świata. Ale był też jacht Dar Bielska zbudowany w… Przedsiębiorstwie Doświadczalno-Produkcyjnym Dźwigów Samochodowych „Bumar-Bedes” w Bielsku-Białej. Jego historia, chociaż tragiczna, warta jest przypomnienia.

Dar Bielska pływał po morzach i oceanach, docierając w egzotyczne miejsca na mapie świata. Ta mała jednostka z jedenastoosobową załogą, żaglem o powierzchni 100 m kw., o długości szesnastu metrów, szerokości przekraczającej nieco ponad 4 m i wyporności około 35 ton zdawała się być niezniszczalna. Powstała w Przedsiębiorstwie Doświadczalno-Produkcyjnym Dźwigów Samochodowych „Bumar-Bedes” w Bielsku-Białej.

Opłynął pół świata

- To był rok 1978, kiedy zaczęliśmy robić projekty - wspomina komandor Yacht Klubu Bielsko, Norbert Szymała. - Prace trwały dwa lata, chociaż były zaplanowane na trochę dłużej. Musieliśmy się jednak śpieszyć, bo w kraju następował przełom, były strajki, było niespokojnie i baliśmy się, że jeśli szybko nie zwodujemy jednostki, to wszystko skończy się fiaskiem.

Dar Bielska umieszczono więc na specjalnej przyczepie i przewieziono do portu w Gdyni, gdzie został zwodowany, a niedługo potem wyruszył w swój pierwszy rejs. W sumie jacht z Bielska-Białej odbył dwie wyprawy na Morze Karaibskie, dwukrotnie pływał po Oceanie Indyjskim, a także opłynął Afrykę. - Nasz jacht przepłynął w sumie 200 tys. mil morskich - z dumą podkreśla komandor Szymała.

Ostatni rejs

Bielska łupina pływała po morzach w sumie przez 16 lat. W swój ostatni rejs, jak się niebawem okazało, wypłynęła w maju 1994 roku. - W planach było opłynięcie Europy, przejście przez Kanał Sueski, Morze Czerwone na wschodnie wybrzeże Afryki, pobyt na Oceanie Indyjskim i powrót do Polski przez Amerykę Południową i Środkową jesienią 1996 - wspomina komandor Szymała.

Część tych planów została zrealizowana. Do dnia, kiedy jacht zacumował w porcie w Mombasie. Był 12 sierpnia 1995 roku. Późnym wieczorem załoga postanowiła wypłynąć na otwarte morze, w pobliżu portu, aby nocą (w dzień panowały zbyt wielkie upały) przeprowadzić próby silnika - od kilku dni bowiem niebezpiecznie się przegrzewał.

O trzeciej w nocy 13 sierpnia rozpoczęto więc sprawdzanie 50-konnego silnika Leyland pochodzącego z fabryki w Andrychowie. Nic wówczas nie zapowiadało nadchodzącego wielkimi krokami dramatu. Przez godzinę nic się właściwie nie działo. - Aż o czwartej rano jeden  z członków załogi zauważył z przerażeniem płomienie wydobywające się spod pokładu - relacjonuje nasz rozmówca.

Odmówił wypłaty odszkodowania

Od tej chwili wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Mimo rzetelnej i fachowej, jak później ustalono, akcji gaśniczej, ogień błyskawicznie rozprzestrzenił się na cały jacht. W efekcie po kolejnej godzinie było już oczywiste, że jednostki nie da się uratować. Załoga wyrzuciła więc za burtę tratwy ratunkowe, wystrzeliła czerwone race oznaczające wezwanie na pomoc i dryfując, oczekiwała na ratunek.

- Jacht zatonął, a naszych ludzi uratował ukraiński statek „Żitomir” - dodaje komandor.

Tak zakończyła się przygoda Daru Bielska. Być może jednostkę dałoby się wskrzesić, budując nowy jacht, ale niestety ówczesny ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania twierdząc, że w krytycznym momencie Dar Bielska przebywał poza tzw. strefą bezpieczeństwa, co było niezgodne z jego Kartą Bezpieczeństwa.

kk

Foto: archiwum Yacht Klub Polski