Beskidzki romans z protezami w tle
„Każdemu wolno kochać” to komedia muzyczna z roku 1933. Pani Maria, rocznik ten sam, oglądała film wiele razy. - Wzięłam sobie jego przesłanie do serca, a teraz mam, co mam - mówi zrezygnowana. A ma problem: zadurzyło się w niej dwóch panów jednocześnie, żaden nie chce odpuścić, sprawa może skończyć się w sądzie.
Pani Maria, mieszkanka bielskiego osiedla Złote Łany, jest osobą aktywną. - Nie zamierzam kisić się w swojej kawalerce - zadecydowała po odchowaniu wnuków, pochowaniu męża i poinformowaniu bliskich, że co jak co, ale prawnukami to już zajmowała się nie będzie. Postanowiła pożyć. Ażeby pożyć, trzeba mieć kondycję. Zaczęła więc uprawiać sport, czyli chodzić na kijki. Samotne spacery wokół aleksandrowickiego lotniska jednak jej nie wystarczały.
Na portalach randkowych
Łaknęła towarzystwa. Znalazła je na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, a dokładniej mówiąc na kursie internetowym dla seniorów. Zaliczyła go celująco, lecz - w przeciwieństwie do nowopoznanych koleżanek i kolegów - orzekła, że rozwiązywanie krzyżówek i stawianie pasjansów w sieci jest nudne, a czytanie wiadomości nie ma sensu, bo tylko rozmiękczają człowiekowi mózg. Zainteresowały ją natomiast portale randkowe. Wnuczek zeskanował jej zdjęcie ze starego dowodu osobistego, data wydania 1987. Zamieściła anons, na odzew nie czekała długo.
- W ciągu miesiąca dostałam chyba z pięćset listów - opowiada pani Maria. Ponieważ jest osobą dobrze wychowaną, chciała odpowiedzieć na wszystkie, lecz - z braku czasu - nie była w stanie: przecież dalej regularnie chodziła na kijki, raz w tygodniu do kościoła, spotykała się z rodziną. Musiała też bywać u lekarza, bo akurat coś zaczęło ją strzykać w kościach.
- Zrobiłam selekcję. Odpadli młodzieńcy poniżej siedemdziesiątki, analfabeci robiący błędy ortograficzne oraz ci, którzy szukali znajomości „dyskretnej”, czyli posiadacze żon, konkubin i kochanek. Zostało kilku, a potem już tylko dwóch - tłumaczy. Osiemdziesięcioletni Jan był z dalekiego Sopotu, a starszy o rok Józef ze śródmieścia Bielska-Białej, czyli swój i prawie sąsiad.
Jak milion dolarów
- Józio oczarował mnie już przez telefon. Grzeczny, ułożony, po prostu stara szkoła. Szybko postanowiliśmy się spotkać. Proponowałam „Patrię”, ale mi wyjaśnił, że jest od dawna zamknięta. Stanęło na „Prezydencie”. Wchodząc myślałam, że się pomyliłam, bo to teraz azjatycka restauracja. Czekał na mnie z bukietem czerwonych róż. W beżowym garniturze i złotych okularach wyglądał jak milion dolarów. Zjedliśmy zupę rybną, ale mi nie smakowała. Dziwna jakaś, nie na moje podniebienie. Wolę barszczyk w barze „Pierożek”.
Pani Maria zaczęła z panem Józefem, jak to ujmuje, chodzić tu i tam. Pewnego razu trafili do protetyka. Ich „trzecie zęby” wymagały naprawy. Czasy mamy takie, że sprawę załatwili od ręki, ale rachunek za ekspresową reperację był słony. - Józio okazał się dżentelmenem i skoczył do bankomatu po brakujące pieniądze. Przyniósł też tubkę „Coregi Tabs”. Miała być nasza wspólna - opowiada ze wzruszeniem.
Józef nie chciał zwrotu poniesionych kosztów, znajomość kwitła. Jak to jednak zwykle bywa, dramat czaił się tuż tuż, bo do Bielska-Białej postanowił przyjechać pan Jan z Sopotu. Krótka, jednodniowa wizyta miała mieć charakter zapoznawczy. - Umówiliśmy się, że w przyszłości pojadę nad morze i on udostępni mi swoje mieszkanie, a ja w rewanżu zrobię to samo - słyszymy.
Jan stanął u drzwi pani Marii. Też z bukietem róż. Oczywiście, czerwonych. Wręczył jej butelkę ekskluzywnego wina i pudełko nie mniej ekskluzywnych czekoladek. Poza tym dostała jedwabną apaszkę w kolorze blue. Była zachwycona.
Krew nie woda
Gość znad morza orzekł, że stolica Podbeskidzia jest miastem pięknym, romantycznym i wartym głębszego poznania. Wynajął pokój w hotelu i poprosił panią Marię, by oprowadziła go po Bielsku-Białej. „Góraleczka”, bo tak się do niej zwracał, chętnie zgodziła się pełnić rolę przewodniczki. Zwiedzili wszystko, co zwiedzenia było warte. On fundował jej posiłki w „Pierożku”, ona postanowiła zrewanżować się pożegnalną kolacją u siebie. - Zaprosiłam również Józia, który właśnie wrócił z sanatorium. I to był błąd, mój wielki błąd - mówi teraz.
Pani Maria świetnie gotuje, więc obaj panowie dużo konsumowali, nie mogąc się nachwalić jej kulinarnych talentów. Konsumowali też wino, bo każdy z nich przyniósł po flaszce. W pewnym momencie dyskusja zeszła na tematy zdrowotne, konkretnie chodziło o kunszt polskich protetyków. Cała trójka uważała się za ekspertów w tej dziedzinie. Licytowali się, kto ma protezę lepszą, doskonalszą, bardziej wygodną i niezawodną. Wyciągnęli je, położyli na stół, zaczęli porównywać. I stało się.
- Najpierw Jasiu roztrzaskał pięścią moją protezę. To ta dolna, ciągle mnie uwierała. Krzyczał, że jest nic nie warta, że kupi mi lepszą, bo jestem kobietą jego życia. Potem Józio rozwalił zęby Jasia i, z nerwów oraz przez przeoczenie, swoje własne. Wrzeszczał, żeby się natychmiast wynosił na to swoje Wybrzeże, bo żenić się będzie ze mną on, a nie jakaś tam sopocka przybłęda - relacjonuje pani Maria. I, filuternie mrużąc oczy, dodaje: - Ale tego wieczora, jakby nie było, oświadczyli się. Obaj jednocześnie! Krew nie woda...
* * *
Obu pani Maria z mieszkania wyrzuciła, obaj chcą się sądzić. Józef uważa, że stracił więcej, bo przecież partycypował również w kosztach jej protezy, tej dolnej, uwierającej. Ona żalu nie ma i mówi, że górna jej w zupełności wystarcza. Dopóki się nie pogodzą z żadnym jednak nie zamierza rozmawiać. Rola telefonicznego mediatora przypadła córce, która ma abonament na nielimitowane połączenia do wszystkich. Gdy dzwoniliśmy do pani Marii ostatni raz, nie odebrała. W słuchawce usłyszeliśmy tylko piosenkę: - Każdemu wolno kochać / to miłości słodkie prawo / bo kocha się sercem, a każdy je ma…
Marek Żuliński
Na stronie tytułowej: kadr z filmu „Każdemu wolno kochać”.

Klauzula informacyjna ›