Każdy, kto podpisuje umowę o pracę musi wykazać się orzeczeniem lekarskim potwierdzającym zdolność do podjęcia obowiązków. Szczegółowym testom psychofizycznym poddawane są osoby, od których zależy bezpieczeństwo innych, np. zawodowi kierowcy, kolejarze, piloci, policjanci. Żadnych badań nie muszą przechodzić politycy. Nie są też zobowiązani do informowania wyborców o stanie swego zdrowia. Postanowiliśmy spytać bielskich specjalistów i tutejszych ludzi władzy, co o tym myślą.

Lekarze są w swoich sądach powściągliwi. - Zbadać możemy każdego, również posła, senatora czy radnego. Nie jesteśmy jednak w stanie opiniować, czy nadaje się do sprawowania danej funkcji, bo nie mamy ku temu ani uprawnień, ani odpowiednich narzędzi diagnostycznych. Choroba kardiologiczna teoretycznie powinna wykluczać pracę na stresującym stanowisku, ale ostatecznie to pacjent decyduje, czy podejmie takie ryzyko. Jeśli zaś chodzi o ewentualne zaburzenia psychiczne, to jeszcze nie zdarzyło się, by jakiś decydent poprosił o skierowanie na konsultację psychiatryczną bądź psychologiczną. Zresztą, żadnego nigdy tu nie widziałam - mówi właściciel niepublicznej bielskiej placówki specjalizującej się w medycynie pracy. Podkreśla, że chce zachować anonimowość, bo „to śliski temat”, a jego firma obsługuje wiele urzędów i instytucji.

Wszyscy zdrowi?

Oporów przed ujawnianiem nazwiska nie ma dr Stanisław Piwowarczyk, psychiatra i psychoterapeuta, członek Beskidzkiej Izby Lekarskiej: - Historia świata pełna jest psychopatów i paranoików, którzy byli wielcy albo za takich się uważali. Niektórzy nasi posłowie, senatorowie czy samorządowcy też tacy są, ale tego mogę się tylko domyślać, bo żaden nie był moim pacjentem.

 - Osiemdziesiąt procent populacji miewa jakieś zaburzenia, politycy nie stanowią wyjątku. Wszyscy chorujemy, wszyscy powinniśmy się w razie potrzeby leczyć. Jako wyborca chciałbym oczywiście wiedzieć, czy rządzą mną ludzie zdrowi. Z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić, jak ewentualne badania miałyby wyglądać i czy ogłaszanie ich wyników nie byłoby zbyt wielką ingerencją w prywatność - tłumaczy dr Piwowarczyk. A na koniec z przekąsem stwierdza: - Skądinąd dziwi mnie, że do mnie nie przychodzą. Widocznie są zdrowi.

Alicja Kunicka, bielska psycholog kliniczna i terapeutka: - Wyborcy chcieliby wiedzieć, ale my powinniśmy milczeć. Nasza rozmówczyni tłumaczy, że wypowiadania się na temat pacjentów zabrania etyka zawodowa. - Po pierwsze, obowiązuje nas w każdym przypadku tajemnica lekarska, a po drugie nie mamy żadnego prawa opiniowania zdrowia ludzi, których wcześniej nie badaliśmy - podkreśla. Pytana, czy zgłaszały się do niej również osoby publiczne, odmawia odpowiedzi.

Najlepsze są elektrowstrząsy?

Ten nakaz milczenia znany jest jako „zasada Goldwatera”. Senator Barry Goldwater w latach 60. ub. wieku ubiegał się o stanowisko prezydenta USA. Prasa opublikowała wówczas list ponad tysiąca psychiatrów, którzy twierdzili, że nie nadaje się na ten urząd, bo ma zaburzenia osobowości. Goldwater wybory przegrał, ale wygrał proces przeciwko lekarzom. Sąd orzekł, że nie powinni stawiać mu diagnozy „na odległość”.

Podobne standardy obowiązują w Polsce. Niedawno prof. Łukasz Święcicki, ordynator oddziału chorób afektywnych w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii udzielił wywiadu prasowego, w którym dość obcesowo wypowiedział się na temat zdrowia psychicznego polityków. Sugerował, że przydałyby się im elektrowstrząsy. Zareagowało Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, profesor został ostro skrytykowany.

 - Nie należy stygmatyzować osób cierpiących na jakiekolwiek choroby, ale nie każdy do wszystkiego się nadaje. Również politycy powinni mieć świadomość swoich ograniczeń. Powinni też, w razie konieczności, mieć odwagę przyznać, że ze względu na kondycję psychofizyczną nie są w stanie odpowiedzialnie pełnić obowiązków - przekonuje Alicja Kunicka.

Sprawa prywatna?

Osoby publiczne, które pełnią swoje funkcje z woli wyborców, żadnych zaświadczeń lekarskich nikomu przedstawiać nie muszą. Jednak w wielu krajach politycy z własnej woli publikują raporty o stanie swego zdrowia. Gdy pytamy bielskich samorządowców i parlamentarzystów, czy taki obowiązek lub zwyczaj należałoby wprowadzić również u nas, unikają odpowiedzi. Mówią, że są zaskoczeni pytaniem i muszą się zastanowić, że potrzebują czasu na przemyślenia. Są jednak dwa wyjątki.

Jarosław Klimaszewski, przewodniczący Rady Miejskiej, z wykształcenia psycholog: - Nie jestem przeciwko, ale chciałbym mieć wybór. Upubliczniamy różne dane wrażliwe, np. oświadczenia majątkowe, więc moglibyśmy i takie. Jednak moim zdaniem stan zdrowia jest prywatną, intymną sprawą każdego człowieka. Jeśli ktoś chce o nim informować, to dobrze. Jeśli nie, też należy to uszanować.

 - Nie jestem entuzjastą takich rozwiązań - mówi poseł Stanisław Pięta. I wyjaśnia: - Gdy kandydowałem, to wiedziałem, że będę na widelcu, że każdy mój krok będzie obserwowany, że wyborcy będą mnie oceniać. Polityk musi mieć grubą skórę. Ale ma też prawo do prywatności, do ochrony informacji o swoim zdrowiu.

Marek Żuliński