Przez lata borykał się z problemami finansowymi. Teraz jego dzieła wystawiane są w najznamienitszych muzeach i galeriach, kupują je do swych kolekcji możni tego świata, a on sam po prostu intensywnie pracuje. Mieszka i tworzy w stolicy Podbeskidzia, w kraju jest mało znany, sukcesy odnosi na Zachodzie. - Zrobiłem karierę dzięki talentowi, samozaparciu i pomocy najbliższych - mówi rzeźbiarz Bronisław Krzysztof.

Przy ul. Partyzantów stoi pomnik „Poległym za Polskę”. Bielszczanie ochrzcili ten ekspresyjny monument ironicznym mianem „Tors gorejący”. Wykonana z miedzianej blachy figura dawniej upamiętniała bohaterów walczących i ginących za Polskę Ludową, ale obecnie - po transformacji ustrojowej - ma bardziej uniwersalny charakter. Jest to, poza trzema tablicami pamiątkowymi, jedyny obiekt autorstwa Bronisława Krzysztofa, który w naszym mieście znajduje się w miejscu publicznym.

Krytycy i złodzieje

Artysta pochodzi z Mszany Górnej, studiował na wydziale rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po uzyskaniu dyplomu został nauczycielem w renomowanym Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem, które sam wcześniej ukończył. - Był rok 1981, wokół ogólna bieda, mieszkałem z żoną i dzieckiem w dziewięciometrowej klitce - wspomina.

Bielsko-Biała jest rodzinnym miastem Anny, małżonki Bronisława Krzysztofa. Zdecydowali się tu osiedlić. - To była bardzo dobra decyzja. Choć przez dwie dekady tkwiliśmy w długach, udało mi się wybudować własną odlewnię, zdobyć niezależność i dojrzeć artystycznie. Odnalazłem własny styl. Nie chciałem nikogo i niczego naśladować, cierpliwie czekałem na uznanie krytyków.

 - Nie mam jednak na myśli polskich krytyków. Oni mnie nie dostrzegają nawet dziś. Docenili natomiast złodzieje. Jestem pierwszym rzeźbiarzem, którego pracę skradziono z krakowskiego Muzeum Narodowego. Muszę przyznać, że rabusie mieli znakomity, wysublimowany gust - zanosi się śmiechem pan Bronisław.

Talon, korek i arystokratki

Prawdziwa kariera czekała za granicą. W 1983 artysta jedzie do Francji, biega tam po galeriach i muzeach. - Wtedy zrozumiałem, jak źle nas uczono. Wykładowcy pokazywali czarno-biały obrazek i wmawiali, że to dzieło wybitne, a było guzik warte - mówi. Dwa lata później wysyła rzeźbę na konkurs do Włoch, zdobywa złoty medal, ale nie może go odebrać, bo komunistyczne władze nie wydają mu na czas paszportu. Nagrodą pocieszenia jest talon na encyklopedię. Kiedy ma już w ręku upragniony dokument, rusza do Mediolanu, Wenecji, Werony i Padwy.

W 1989 do Warszawy przyjeżdża Helen de Borchgrave, żona angielskiego lorda. Chce lansować w Londynie polską sztukę. Wybiera 12 osób, są wśród nich m.in. Tarasin, Nowosielski, Falender, Szancenbach. Jest też Krzysztof. Jego prace zaczynają się sprzedawać, branżowe czasopisma są pełne zachwytu.

Na wystawy organizowane przez brytyjską lady przychodzi wielu arystokratów. Pojawia się też hrabina Isabelle d'Ornano, właścicielka firmy kosmetycznej Sisley. Bronisław Krzysztof projektuje dla niej pierwszy korek do butelki ekskluzywnych perfum, potem będą następne. Robi też hrabinie meble z brązu i lanego kryształu. Rodzina Sainsbury, która ufundowała lewe skrzydło National Galery w Londynie, również chce je mieć. Podobnie kreator mody Valentino, Rothschildowie, księżna Luksemburga, właściciel Sotheby's Alfred Taubman i wielu, wielu innych. Zamówienia zaczynają się sypać jak z rękawa.

Milion pomysłów na przyszłość

 - W czasach, gdy studiowałem, królowała abstrakcja. A mnie interesował człowiek. W dodatku od zawsze chciałem robić w brązie. To kosztowna, wymagająca dużych nakładów finansowych dziedzina sztuki. W siermiężnej epoce socjalizmu trudno ją było uprawiać. Ja jednak wiedziałem, do czego dążę. Byłem też w artystycznych wyborach konsekwentny. Teraz moje rzeźby stoją w Muzeach Watykańskich, w Goulandris i Getty, w British Museum, w dziesiątkach innych miejsc. Wystaw, nagród i wyróżnień nie zliczę. Udało się. Nie jestem megalomanem, ale nie będę ukrywał, że czuję dumę - mówi Bronisław Krzysztof.

Urodzony w 1956 artysta z melancholią stwierdza, że nie starczy mu życia, by zrealizować wszystkie pomysły. - Mam ich milion. Ostatnio w Warszawie zrobiłem pomnik Skłodowskiej-Curie, chciałbym następne. To samo z rzeźbami, medalami, meblami. Do tego rysuję, maluję. Żyję sztuką i dla sztuki. Po prostu pragnę po sobie coś trwałego pozostawić.

Podkreśla, że sukces nie byłby możliwy bez wsparcia najbliższych, a zwłaszcza żony. To ona załatwia wszelkie jego sprawy organizacyjno-biznesowe. Pani Anna Krzysztof jest też autorką wszystkich zdjęć, które publikujemy.

Marek Żuliński