Nie będzie zapisu wideo z posiedzeń komisji Rady Miejskiej. Bielscy urzędnicy uważają, że realizacja wniosku radnej Małgorzaty Zarębskiej przekracza możliwości finansowe gminy. Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że w Ratuszu nie zrozumiano intencji radnej.

Na październikowej sesji Rady Miejskiej z wnioskiem o wideorejestrację posiedzeń komisji zwróciła się Małgorzata Zarębska. Niezależna radna uważa, że prezentacja obrad w internecie sprzyja transparentności podejmowanych decyzji. - W protokołach z posiedzeń komisji brakuje informacji o tym, jak głosowali poszczególni radni, a często te głosy różnią się od wyników głosowania na sesji - argumentowała. Podczas sesji wniosek skrytykował prezydent Jacek Krywult, który jako przykład podawał tylko sobie znane miasto na Węgrzech, gdzie mieszkańcy raz w roku uczestniczą w obradach rady, aby „wylewać swoje żale”.

Teraz na piśmie do wniosku radnej odniósł się sekretarz miasta Grzegorz Tomaszczyk. - Urząd nie dysponuje możliwościami zrealizowania tego zadania we własnym zakresie - czytamy w odpowiedzi. Urzędnik przypomina, że transmisja obrad sesji Rady Miejskiej jest zlecana firmie zewnętrznej, a koszt obsługi jednego posiedzenia wynosi 3490 zł. - Trudno wyrokować, o ile większe byłby koszty usługi, gdyby do zakontraktowanych 11 transmisji z posiedzeń spróbować dołożyć jeszcze ok. 77 posiedzeń komisji. Byłby to z pewnością koszt znacząco większy, na poziomie ponad 300 tys. zł rocznie.

Trudno nie odnieść wrażenia, że urzędnik nie zrozumiał intencji radnej, która nie oczekiwała od władz miasta prowadzenia transmisji wideo z posiedzeń komisji, a jedynie ich zapisu. Zakup nawet kilku kamer z przeznaczeniem na rejestrację obrad komisji rady jest inwestycją znacznie mniej kosztowną niż twierdzi sekretarz.

bak