Na ulicach Bielska-Białej odbyła się dziś akcja protestacyjna z udziałem grupy bielszczan oburzonych działaniami kierownictwa Miejskiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt. Protestujący zarzucają władzom placówki niehumanitarne traktowanie podopiecznych.

Organizatorem akcji, w której uczestniczyło kilkadziesiąt osób, była inicjatywa „Bielszczanie dla Zwierząt”. Protestujący zarzucają władzom placówki niehumanitarne traktowanie podopiecznych. Oburzyło ich zwłaszcza wypuszczenie na wolność kilkudziesięciu kotów, które znajdowały się pod opieką schroniska (pisaliśmy o w artykule Schronisko pozbywa się dzikich kotów). Uczestnicy akcji dopatrują się w tym postępowaniu oznak znęcania się nad zwierzętami.

Protestujący w akompaniamencie bębnów przeszli z placu Chrobrego przed Urząd Miejski. - Jest to spontaniczna akcja niezrzeszonych bielszczan, wspierająca wolontariuszki ze schroniska Reksia. Jak do tej pory, z kociarni zostało wyrzuconych 35 kotów. Część z tych zwierząt trafiła pod opiekę i mieszka w domach tymczasowych lub stałych, losu pozostałych kotów nie znamy. Niektóre wyrzucone koty koczowały i koczują nadal obok schroniska. To nie są zwierzęta, które „ucieszyły się”, że wydostały się na wolność i mogą sobie iść, dokąd chcą - powiedziała portalowi Iwona Baron, uczestniczka protestu.

Uczestnicy akcji żądają od Ratusza wyjaśnienia sytuacji. Podkreślają, że będą domagać się od władz miejskich zapewnienia przebywającym w placówce zwierzętom godnych warunków bytowania.- Obecnie wolontariusze mogą się opiekować kotami przebywającymi w części adopcyjnej. Do innych części kociarni mają wstęp tylko pracownicy schroniska. Decyzje zmieniły się, gdy zrobiło się głośno o schroniskowych kotach. Najpierw powiedziano nam, że nasze upoważnienie do wejścia np. do części kwarantanny zostało wycofane i nie możemy tam wchodzić. Teraz podobno stanowimy zagrożenie dla życia tych zwierząt, ponieważ nie przestrzegamy zasad higieny, które powinny być tam zachowane - tłumaczy Natalia Mysior, wolontariuszka ze schroniska Reksia.

Tekst i foto: Mirosław Jamro