Zemsta za balkon?
Osiedle Beskidzkie w Bielsku-Białej. Pan Dariusz w osłupieniu patrzy na balkon. Przed chwilą wrócił z pracy. Żony jeszcze nie było. Za oknem wśród pyłu i kurzu piętrzy się sterta betonowych bloków, które oderwały się z balkonu piętro wyżej.
„Szczęście, że nikt nie zginął” - pomyślał na widok leżących za oknem kilkudziesięciu kilogramów gruzu. Nie namyślając się długo, wezwał policję. Był przerażony, ale nie zaskoczony. Od dawna przeczuwali z żoną, że tak to się skończy. Było późne popołudnie w piątek, 12 października 2012.
Mała brzózka
Dariusz Moskała z żoną, Magdaleną Jabłońską, mieszkają na trzecim piętrze w bloku na osiedlu Beskidzkim. Właścicielką mieszkania jest pani Magda. Stan techniczny balkonu sąsiadów z góry zaczął ich niepokoić siedem lat wcześniej. Pierwsze problemy pojawiły się zaraz po remoncie w 2005, który - jak ustalił później sąd - został wykonany w sposób wadliwy.
- W czole płyty balkonu nad nami zauważyliśmy najpierw pęknięcia - wspomina pani Magda. - Z czasem wyrosła w nich roślinność. Widać było małą brzózkę. W czasie deszczu po ścianach z góry ciekła woda, która dostawała się nam do mieszkania. Z tego powodu musieliśmy wymienić okna na nieotwierane - relacjonuje.
Jeszcze większą bolączką stał się kurz i kawałki gruzu, które prawie codziennie zasypywały balkon. - Najgorzej było w czasie silnych wiatrów - mówi pani Magda. - Strach było wyjść na zewnątrz z dziećmi. Nie mogłam mieć kwiatków ani wywiesić prania - ubolewa.
Któregoś dnia pan Dariusz wyszedł na balkon, żeby zaczerpnąć powietrza. Gdy stał oparty o balustradę, obok głowy przeleciał mu kawałek betonu wielkości pomarańczy i roztrzaskał się tuż przy nodze. - Przestraszyliśmy się i od tego czasu w ogóle przestaliśmy wychodzić na zewnątrz - opowiada nasza rozmówczyni.
Inspektor z lornetką
Problemy z balkonem pani Magda wielokrotnie zgłaszała spółdzielni. Jej zastrzeżenia budził także sposób kontroli stanu technicznego balkonów (sąd stwierdził później, że odpowiedzialny za nią pracownik spółdzielni nie zachowywał należytej staranności; ostatnia kontrola, która miała miejsce na kilkanaście dni przed 12 października 2012 wyglądała tak, że pracownik spółdzielni stojąc przed budynkiem z poziomu gruntu obserwował balkony przy pomocy lornetki i aparatu fotograficznego).
- Ponieważ skargi nic nie dawały, zaprzestałam płacenia czynszu - mówi pani Magda. - Spółdzielnia wystąpiła wówczas do sądu o nakaz zapłaty. Odpowiedziałam pozwem wzajemnym o zadośćuczynienie z powodu braku możliwości korzystania z balkonu. Sąd rozdzielił jednak te sprawy i uznał, że w pierwszej kolejności mam zapłacić czynsz - tłumaczy nasza rozmówczyni, dodając, że o ile sąd szybko zasądził od niej zapłatę zaległego czynszu, to sprawa jej powództwa przeciw spółdzielni ciągnie się do dziś.
Pani Magda posłuchała sądu i uregulowała należność wobec spółdzielni w nadziei na rychły remont balkonu. Gdy jednak ten nie nastąpił, znowu na znak protestu przestała płacić czynsz. Trwało to ponad dwa lata. Po katastrofie budowlanej z października 2012 spółdzielnia przeprowadziła wreszcie gruntowny remont balkonu i od tego czasu pani Magda reguluje czynsz na bieżąco.
Sprawa u komornika
Kwota zobowiązań (z odsetkami) wobec spółdzielni, które powstały w okresie, kiedy pani Magda nie płaciła czynszu przekroczyła 20 tys. zł. Sprawa jest u komornika, a rodzinie grozi eksmisja. Pani Magda skarży się, że spółdzielnia odrzuca propozycję ugody.
- Zaproponowałam, że oprócz bieżącego czynszu będę spłacać od 300 do 500 zł miesięcznie z tytułu zaległości - żali się kobieta. - Spółdzielnia się nie zgodziła. Żąda ode mnie 1000 zł miesięcznie, co razem z czynszem daje 1500 zł. W sytuacji, gdy nasze miesięczne dochody z mężem nie przekraczają 2000 zł, nie jesteśmy w stanie takiej kwoty zapłacić. Uważam, że egzekucja komornicza, której spółdzielnia nie chce wstrzymać jest nieludzkim aktem zemsty za to, że 12.10.2012 wezwaliśmy policję - podkreśla pani Magda.
W sprawie Magdaleny Jabłońskiej interweniował poseł Stanisław Pięta (PiS). Parlamentarzysta poprosił zarząd spółdzielni o zawieszenie, ze względu na trudną sytuację materialną rodziny, postępowania komorniczego i wyrażenie zgody na spłatę zadłużenia w ratach nie przekraczających 400 zł miesięcznie. Apel posła nie wpłynął jednak na zmianę stanowiska spółdzielni.
Nie będą kredytować
Spółdzielnia stanowczo odpiera zarzut, jakoby jej postępowanie wobec pani Magdy wynikało z chęci zemsty: „To, że pani Jabłońska złożyła przeciwko Spółdzielni zawiadomienie do prokuratury - czytamy w otrzymanym oświadczeniu - nie zwalnia jej z obowiązku uiszczania opłat za mieszkanie i nie jest to żaden akt zemsty, ale normalna procedura stosowana w takich przypadkach w Beskidzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej”.
Zdaniem władz spółdzielni: „W przedmiotowej sprawie istotne jest przedstawienie jej z dłuższej perspektywy czasu. Zaległości w opłatach za mieszkanie [Magdaleny Jabłońskiej - przyp. red.] mają miejsce z przerwami od 2004 roku. W przeciągu tych lat Zarząd… wyrażał kilkakrotnie zgody na spłatę zadłużenia w ratach. Okresowo zadłużenie z tytułu opłat czynszowych spadało, ale potem znowu przyjęło tendencję wzrostową (2010 r.). W związku z tym spółdzielnia wykorzystała standardową procedurę windykacyjną (…). Pragniemy podkreślić, że Zarząd, wykazując się zrozumieniem sytuacji Pani Magdaleny Jabłońskiej, wyraził zgodę na wstrzymanie egzekucji komorniczej pod warunkiem uregulowania przez nią co najmniej trzech wpłat po 1000 zł miesięcznie każda. Pani Magdalena Jabłońska nie przejawiła jakiejkolwiek dobrej woli poprzez wpłacanie na poczet zaległości czynszowych chociażby tych deklarowanych przez siebie 300-500 zł miesięcznie. Obecnie stan zadłużenia jest tak wysoki, że ewentualna spłata mogłaby potrwać ok. 5 lat. Dlatego też Zarząd i Rada Nadzorcza nie mogą pozwolić, aby reszta mieszkańców ponosiła ciężar kredytowania Pani Magdaleny Jabłońskiej”.
Maciej Chrobak
Na zdjęciu tytułowym: Magdalena Jabłońska i Dariusz Moskała
Galeria:
Komentarze 46
Hmm...a o jaką minę kupującemu chodzi i dlaczego ktokolwiek miałby cokolwiek dodawać do ogłoszenia?
ignoratia iuris nocet szanowny kupujący! dług zawsze dotyczy osoby a nie mieszkania, wolny rynek nieruchomości funkcjonuje w Polsce. Chyba że kupujący chce kupić Panią Magdalenę...
.Ja na miejscu tej Pani w takiej sytuacji wystapilbym o odszkodowanie z tytułu narażenia zdrowia gdyż jest to zaniedbanie zarządu spółdzielni. Osobiście uważam że zarząd i pracownicy spółdzielni powinni być wybierania spośród mieszkańców osiedla gdyż dbali by o otoczenie a nie tak jak na beskidzkim gdzie mają wszystko gdzieś. Dodatkowo brak jakiejkolwiek elastyczności. Więc ludzie zanim zaczniecie szkalowac poszkodowanych zastanówcie się co piszecie.....



Klauzula informacyjna ›