Roznegliżowane aktorki, dynamiczna muzyka filmowa i barwna scenografia. W minioną środę w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej odbyła się premiera sztuki pt. Boeing, boeing. To jedna z najczęściej i najdłużej granych fars na światowych scenach, wyreżyserowana przez dyrektora bielskiego teatru Witolda Mazurkiewicza.

 - Farsa powstaje w sposób specyficzny, np. na Broadwayu są wystawiane różne wersje danej sztuki i na podstawie reakcji publiczności na bieżąco poprawia się jej tekst. Inscenizacja "Boeing, boeing” w naszym teatrze jest inna niż pozostałe, grane na różnych polskich scenach, bo u nas przeważa młoda obsada. Próbowaliśmy wprowadzić własne aktorskie czy reżyserskie zabawy, ale farsy są tak skrupulatnie napisane, że to się nie zawsze sprawdza - tłumaczy reżyser spektaklu Witold Mazurkiewicz.

Dziewczyny wyższego sortu

Jak na farsę przystało, fabuła wydaje się banalna. Bogaty agent nieruchomości Maks (w tej roli przezabawny Rafał Sawicki) wiedzie barwne życie uczuciowe. Gustuje w „dziewczynach z wyższego sortu”, czyli najpiękniejszych stewardessach z różnych części świata. Jego ściśle dopracowany system działa bez zarzutu do czasu, gdy grafiki lotów trzech nie wiedzących o sobie nawzajem narzeczonych Maksa pokrywają się. W rozwiązaniu problemu pomagają mu kuzyn z Grunwaldu (w tej roli Mateusz Wojtasiński) oraz rezolutna ukraińska gosposia (przezabawna Anita Jancia). Postaci te tym bardziej komplikują akcję, im bardziej starają się ją rozplątać.

Witold Mazurkiewicz, w przeciwieństwie do innych realizatorów fars, nie skupia się na błahym temacie, lecz tworzy barwny obraz wzbogacony multimedialnym schematem lotów czy filmową muzyką. Ujawnia się nawet jako pilot, który przemawia do pasażerów, zapraszając publiczność do wspólnego lotu.

 - Jest to mój debiut reżyserski, jeśli chodzi o farsę. Trzeba przyznać, że to niezwykle trudny gatunek, ale ciekawie mi się pracowało z dobranym do niego zespołem aktorskim - mówi Mazurkiewicz. W bielskim spektaklu dużo jest komizmu sytuacyjnego, ale mogłoby być go znaczniej więcej szczególne w momentach, gdy fabuła się dopiero rozkręca.

Idol damskiej widowni

Scenografia autorstwa Katarzyny Załęckiej jest subtelna i dopasowana do tematyki. Najciekawsze jest to, że scenografia i kostiumy nie kończą się na scenie, ale obejmują cały teatr, łącznie z obsługą techniczną, przez co widzowie czują się jak na prawdziwym lotnisku. - W tej sztuce najważniejszy jest popis występujących, a scenografia będąca dla nich tłem posługuje się pewnym stereotypem, symbolem - wyjaśnia Katarzyna Załęcka.

Sztuka Marca Camolettiego jest niezwykle wymagająca przede wszystkim wobec aktorek, bo muszą grać z obcym akcentem, co ma być dodatkowym źródłem komizmu. Najlepiej poradziła sobie z tym Wiktoria Węgrzyn (grająca Niemkę - Johannę) i wspomniana już Jancia. Obok doświadczonego w komediowych bojach Sawickiego, znakomicie zagrał Mateusz Wojtasiński, którego damska część widowni zapewne chciałaby częściej oglądać na deskach bielskiego teatru.

 - Rafał Sawicki ma z tej obsady największe doświadczenie komediowe, ale pozostali aktorzy również dysponują odpowiednimi predyspozycjami. Od dłuższego czasu szukaliśmy spektaklu, w którym mogłaby zagrać znana ze srebrnego ekranu bielszczanka Anita Jancia i ta sztuka okazała się dla niej odpowiednia - dodaje reżyser.

Panom ku przestrodze

Dowcipna farsa Camolettiego zdaje się być napisana ku przestrodze dla wszystkich panów, aby wiedzieli, jakie bywają skutki poligamii. Otóż, można ją przypłacić własnym zdrowiem! Jednak najgorzej wiedzie się gosposi Maksa, która kilka razy w ciągu dnia musi zmieniać menu, żeby sprostać wymaganiom kulinarnym pań różnych narodowości. - Piekło mam z tymi jego babami! - często powtarza.

Spektakl „Boeing, boeing” można obejrzeć również w wersji z koncertem pt. „Przetańczyć całą noc. Spacer po Broadwayu”, podczas którego widzowie mają okazję usłyszeć najbardziej znane musicalowe przeboje w wykonaniu najciekawszych wokalistów i wokalistek spośród bieżącego zespołu teatru, a także artystów występujących gościnnie.

 - Ważne dla mnie jest to, że obecnie mogę dysponować zespołem artystycznym z ciekawymi głosami. Myślę, że ten 70-minutowy koncert bardzo dobrze się ogląda - kończy dyrektor Witold Mazurkiewicz.

Agnieszka Pollak-Olszowska

Foto: Krzysztof Grabowski