Nie wytrzymali ciśnienia
- Działo się dużo, ale niewystarczająco na nasze oczekiwania. Nie byliśmy wystarczająco cierpliwi, żeby jeszcze trochę poczekać aż będziemy mogli robić to, co lubimy i jednocześnie się z tego utrzymać - mówi lider zespołu Lizard. Drugi raz błędu nie popełnią.
Z Damianem Bydlińskim - kompozytorem, autorem tekstów, wokalistą i liderem zespołu Lizard - rozmawia Agnieszka Ściera
Mieszkasz w Bielsku-Białej?
- Tak. Jestem emocjonalnie bardzo związany z Bielskiem-Białą. Urodziłem się co prawda w Żywcu i do Bielska-Białej sprowadziłem z rodzicami, gdy miałem trzy lata, ale tak naprawdę mentalnie jestem właśnie stąd. Nie lubię stąd wyjeżdżać, lubię po prostu tu być. Zanim tutaj do Ciebie przyszedłem, zrobiłem sobie kilka rundek po Rynku - bezcelowe wałęsanie się po ulicach naszego miasta sprawia mi zawsze dużą przyjemność.
Na całym świecie
Muzyka progresywna jest specyficznym rodzajem muzyki, dlatego jestem ciekawa, czy w Bielsku-Białej Lizard jest znany.
- Właśnie, bardziej Lizard niż ja. Pewnie dlatego, że zespół na przestrzeni czasu obrósł już taką legendą wśród grających zespołów, że wstyd powiedzieć, że się go nie zna - 25 lat to kawał czasu. Byliśmy pierwszym zespołem z Bielska-Białej, któremu udało się wydać płytę. Przed nami, o ile dobrze pamiętam, działający w latach 80. wspaniały zespół Salvator, w którym grał mój przyjaciel Krzysiek Maciejowski - grający także w Lizardzie - nagrał singiel dla Tonpressu, to było wydarzenie, o którym wszyscy tutaj w muzycznym świecie mówiliśmy. Ale tak naprawdę to Lizard był pierwszym bielskim zespołem, któremu udało się nagrać płytę długogrającą, i to płytę, która rozeszła się na całym świecie.
Czy da się utrzymać z koncertowania, sprzedaży płyt, będąc tym zespołem z południa Polski?
- Utrzymać - nie. Absolutnie, nie.
Co robisz, gdy nie śpiewasz? Jak zarabiasz na życie?
- Jestem grafikiem komputerowym. Prowadzę z żoną firmę projektową i z tego się utrzymujemy. Natomiast muzyka to pasja, która raczej pochłania pieniądze niż je przynosi. Mógłbym wymienić kilkunastu artystów w Polsce, którzy z muzyki są w stanie się utrzymać. Oczywiście, nie mówimy tu o muzykach grających na weselach. Raczej o takich, których można usłyszeć w radiu i zobaczyć w telewizji. To jest naprawdę garstka osób, cała reszta, mimo że również nagrywa płyty, jest znana, słuchana - musi dorabiać. Trzeba mieć jakieś inne źródło dochodów, bo nie ma czegoś takiego jak mecenat państwa nad artystą muzykiem. I paradoksalnie najgorzej jest wtedy, kiedy artysta wyda nową płytę i aby ją sprzedać, powinien zagrać przynajmniej kilkadziesiąt koncertów. Trzeba je zagrać w dużych miastach, tam gdzie jest największa liczba potencjalnych odbiorców. I tu zaczyna się proza życia: trzeba wynająć samochody, które przewiozą ludzi i sprzęt, trzeba zapłacić za benzynę, wynająć salę, realizatora, sprzęt nagłaśniający, itp.
Trzeba dopłacać
Chcesz powiedzieć, że nie koncertujecie teraz?
- Koncertujemy, tylko nie ma co ukrywać, że do tych koncertów dopłacamy - jak większość artystów w Polsce. Żeby zorganizować dwa duże koncerty w Krakowie i Bielsku-Białej z okazji 25-lecia, musieliśmy wyłożyć sporą sumę pieniędzy. Takich rzeczy nie da się sfinansować ze sprzedaży płyt. M.in. dlatego zrezygnowaliśmy z pełnej trasy 25-lecia (która pierwotnie obejmowała Wrocław, Poznań i Warszawę) i ograniczyliśmy się tylko do Krakowa i Bielska-Białej.
Wracając do początków, jak to było te 25 lat temu? Zebraliście się, chłopaki, i zagraliście rocka progresywnego?
- Wcześniej każdy z nas już gdzieś grał, czy to w liceum, czy w czasie studiów. I jakoś tak Lizard urodził się z niczego. To realizacja moich fascynacji muzyką lat 70., kiedy na topie były takie zespoły i tacy wykonawcy, jak King Crimson, Frank Zappa, SBB, Yes, Genesis. Ja też tak chciałem grać. Dobrałem sobie czterech kolegów, którzy także chcieli spróbować zagrać coś innego niż wszyscy dookoła. Nikt oczywiście nie wróżył długiej kariery takiemu zespołowi. Ale na szczęście wszystko potoczyło się inaczej. Na koncert w bielskim Domu Żołnierza przyszło ponad trzysta osób (tam zresztą przez prawie dziesięć lat graliśmy próby). No i zaczęła się Lizardowa przygoda. Ale tak naprawdę przełomowym momentem było puszczenie naszych utworów w RMF przez Piotra Kosińskiego. Nagle ludzie zaczęli pytać, o co chodzi, dlaczego oni nie mają wydanej płyty? Dzięki temu zostaliśmy zaproszeni na pierwszy festiwal progresywny zorganizowany w warszawskiej Stodole. Gwiazdą wieczoru był zespół Collage. Tam poznaliśmy producenta, który zaprosił nas do nagrania płyty. I tak się zaczęło. Równo rok po tym festiwalu ukazała się nasza płyta, która nieźle namieszała na rynku. Była bardzo eklektyczna, znalazły się na niej utwory od nostalgicznej ballady po energetyczne, poszukujące kompozycje, brnące nawet w rejony jazz-rocka. Płyta trafiła wówczas na bardzo podatny grunt. Zaczęto o niej mówić. Uzyskała wiele recenzji, nie tylko w Polsce. Dzięki temu zagraliśmy w Holandii bardzo udany koncert. Graliśmy również we Francji. Wtedy mieliśmy szansę stać się gwiazdą pierwszej ligi - niestety, nie wykorzystaliśmy tej szansy.
Co się takiego wydarzyło?
- Zespół nie wytrzymał ciśnienia. Działo się dużo, ale niewystarczająco na nasze oczekiwania. Nie byliśmy wystarczająco cierpliwi, żeby jeszcze trochę poczekać aż będziemy mogli robić to, co lubimy i jednocześnie się z tego utrzymać.
Trzy cudowne płyty
Zespół zniknął ze scen, ale nie zamilkł.
- Z zespołu odeszło dwóch kolegów. Już po prostu nie czuli potrzeby takiego grania. Ale Lizard mimo to działał nadal. Pojawiła się wtedy możliwość podpisania kontraktu z olbrzymim koncernem muzycznym Metal Mind Production. Tym samym weszliśmy do stajni największych zespołów, nie tylko heavymetalowych. Nagraliśmy dla nich trzy, bardzo dobrze ocenione płyty w ciągu trzech lat z rzędu. Ale ten zespół nie grał koncertów. I dlatego o Lizardzie nie było słychać.
Ilu członków zespołu pozostało z pierwotnego składu?
- Odeszli gitarzysta Mirek Worek i pianista Andrzej Jancza. W ich miejsce wszedł na całe dziesięć lat skrzypek Krzysiek Maciejowski i to było bardzo ciekawe, a przede wszystkim niesamowicie owocne spotkanie muzyczne. Nagraliśmy trzy cudowne płyty, ale z racji tej, że Krzysztof jest rozchwytywanym muzykiem, nie mieliśmy czasu, żeby się zorganizować. Przygotowanie koncertu wymagało żmudnych prób, spotykania się, ćwiczenia po kilka godzin. Na to nie było czasu.
Od początku cały czas grają ze mną w Lizardzie Janusz Tanistra na gitarze basowej i Mariusz Szulakowski na perkusji. Obaj są fenomenalnymi muzykami - to jedna z najlepszych sekcji rytmicznych, jakie znam. Cztery lata temu dołączył do nas niezwykle zdolny, rewelacyjny gitarzysta Daniel Kurtyka, a w chwilę później znakomity pianista Paweł Fabrowicz, który według mnie jest objawieniem, jeśli chodzi o instrumenty klawiszowe.
Co dalej? Będzie was można częściej zobaczyć, posłuchać na koncertach?
- Tak, myślę, że dla zespołu zaczął się bardzo sprzyjający okres. Świetnie się rozumiemy, mało tego - bardzo się lubimy. Próba jest powodem do spotkania pięciu przyjaciół i dobrze się nam ze sobą muzykuje, dzięki czemu możemy grać koncerty bez żadnego „zacisku”, bez żadnych nerwów. To bardzo ważne, bo pozwala planować koncerty bez stresu - a przygotowanie się do nich jest przyjemną pracą. W przyszłym roku planujemy wstępnie trasę, która obejmowałaby północna i środkową Polskę - chcemy dotrzeć do ludzi, którzy z obiektywnych przyczyn nie mogą przyjechać na koncerty do Bielska-Białej czy Krakowa.
Radosna twórczość
Drugi raz błędu niewykorzystania szansy nie popełnicie.
- Mam taką nadzieję. Obecny stabilny, mocny skład daje możliwość planowania na wielu płaszczyznach. W przeszłości odmówiliśmy naprawdę bardzo wielu ważnych występów, a mogliśmy wtedy zagrać z największymi gwiazdami, co by nas naprawdę bardzo wypromowało. I to się niestety nie stało. Ale ufam, że ten czas bezpowrotnie minął.
Potrafisz czytać nuty?
Jestem stuprocentowym prawdziwkiem, Jankiem Muzykantem, który po prostu coś tam sobie nuci pod nosem. Na szczęście znajomość nut w muzyce rockowej, którą gra Lizard, nie jest rzeczą obowiązkową. Nuty byłyby potrzebne, gdybyśmy tworzyli muzykę związaną z muzyką klasyczną, jazzem itd. Tworzenie Lizardowej muzyki wypływa gdzieś tam z wnętrza i jest niejako radosną twórczością, która przybiera taką, a nie inną formę.
Jesteś dość charakterystyczny i gdyby ktoś chciał zaśpiewać Lizarda, miałby z tym kłopot.
- Tak sądzisz? Jestem w swoim śpiewaniu bardzo zapatrzony w lata 60. i 70. Dziś wokaliści raczej rzewnie zawodzą, nie śpiewają pełną piersią, jak kiedyś to robili Czesław Niemen, Stan Borys czy Andrzej Zaucha. Jestem wpatrzony właśnie w takich artystów, którzy mieli zupełnie inne podejście do frazowania. Może to jest niemodne, ale ja jestem zasłuchany w tamte głosy i mam nadzieję, że to słychać również w moim śpiewaniu.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Agnieszka Ściera (2BStyle)
Foto: Łukasz Bułka, Przemysław Jakubowski, Marek Łękawa



Klauzula informacyjna ›