Jako dziecku najbardziej marzyła mu się gitara elektryczna, ale rodzice nie chcieli się na nią zgodzić. - W pierwszej mojej autorskiej przeróbce chodziło więc o przekształcenie gitary akustycznej w elektryczną. Kiedy ją wreszcie dostałem, cały czas była rozkręcana i składana, bo stale musiałem w niej coś poprawiać i przerabiać, i tak mi już zostało - wspomina Michał.

 - Gitara jest moją pasją od dziecka - zdradza Michał Targosz (32 l.), który odziedziczył miłość do gitary po ojcu, również muzyku. - Zacząłem grać w wieku siedmiu lat.

Ryzyko się opłaciło

Po szkole podjął pracę w sklepie muzycznym. Jednak pasja do gitary nie przeminęła. W mieszkaniu, w pokoiku za kuchnią, w wolnych chwilach prowadził serwis instrumentów. Zlecenia pochodziły od znajomych. Tam też powstały jego pierwsze gitary. Z czasem zamówień zaczęło przybywać. Całą wiedzę o budowie gitar czerpał z książek.

 - W końcu stanąłem przed dylematem: ciągnąć obie rzeczy dalej czy zrezygnować z pracy w sklepie i zająć się wyłącznie gitarami - opowiada. - Zaryzykowałem i postawiłem wszystko na jedną kartę. W 2006 wynająłem na warsztat pomieszczenie na poddaszu dawnej Befamy i tak zaczęła się historia „Majesty Customs” - przybliża lutnik-samouk.

Od tego czasu w „Majesty Customs”, jak nazwał Michał swój warsztat, powstało ponad pół setki gitar. Nie tylko zresztą gitar. - Zdarzają się też lutnie, mandoliny, a nawet cytry - mówi nasz bohater. Wszystkie instrumenty, które wyszły spod ręki Michała, wykonane zostały na zamówienie według oryginalnego pomysłu klienta, w oparciu o uzgodniony z nim projekt.

Ważne jest drewno

 - Proces produkcji rozpoczyna się w chwili, kiedy zjawia się klient i mówi, jaki ma pomysł na instrument - tłumaczy nasz rozmówca.

Michał przyznaje, że większość jego klientów stanowią dojrzali muzycy, którzy przychodzą do warsztatu z konkretnymi oczekiwaniami i preferencjami. - Najpierw ustalamy szczegóły techniczne, takie jak np. planowana ilość progów, pojedyncze lub podwójne przetworniki, mostek ruchomy lub stały - wyjaśnia lutnik. - Następnie dobieramy odpowiednie gatunki drewna, które ma decydujący wpływ na brzmienie instrumentu, a także cenę.

Nasz rozmówca wyjaśnia, że im rzadsze i szlachetniejsze drewno, tym wyższa jest cena. W przypadku gitar wykonanych ręcznie ceny zaczynają się od 3,5 tys. zł. Egzotyczne odmiany drewna (mahoń, heban, palisander czy wenge) odznaczające się pięknym rysunkiem słojów są najdroższe.

 - Kiedy szablon i wizualizacja są gotowe, zaczyna się faza realizacji - kontynuuje Michał Targosz. - W ruch idą heblarki i szlifierki. Po sklejeniu drewno musi kilka dni poleżeć, żeby ustąpiły naprężenia. Potem przychodzi czas na obróbkę, najtrudniejszą i najbardziej czasochłonną część produkcji. Na tym etapie nie używa się narzędzi, trzeba polegać tylko na własnych rękach. Ostatni etap to lakierowanie, montaż elektroniki i pozostałych komponentów, takich jak struny, most, klucze i siodełka - wylicza bielszczanin.

Najlepsze przed nim

Produkcja gitary elektrycznej to proces, który trwa około półtora miesiąca. Klient może go na bieżąco obserwować dzięki zdjęciom umieszczanym przez Michała na internetowym blogu.

 - Początki nie były łatwe - wspomina nasz rozmówca. - Z każdym rokiem jednak zainteresowanie rosło. Dziś mam klientów na całym świecie. Dowodem uznania jest dla mnie fakt, że po moje gitary sięgają dziś tacy wirtuozi, jak Regi Wooten, Krzysztof Ścierański czy Rene Toledo - dodaje z dumą.

Michał podkreśla, że praca, którą wykonuje, dostarcza mu nie tylko satysfakcji, ale także nowych wyzwań. - Ciągle się uczę - zaznacza. - Nie zrobiłem jeszcze swojego najlepszego instrumentu - przyznaje. - Ale najgorszego chyba też nie - dodaje po chwili ze śmiechem.

MCI

Na zdjęciach: Michał Targosz