Śląska „godka” przestaje się kojarzyć wyłącznie z dowcipami o Masztalskim i powoli wchodzi na literackie salony. Ten trend nie jest nowy. Nowością może być natomiast to, że po śląski coraz częściej sięgają twórcy z… Bielska-Białej.

Na przekór złej krwi i zaczepkom internetowych trolli relacje bielsko-śląskie wydają się ocieplać. Również na niwie kultury. Na przykład kilku znanych bielskich pisarzy wydało ostatnio swoje utwory po śląsku. Jednym z nich jest dramaturg Artur Pałyga, którego najnowsza sztuka „Western”, to opowiedziana „godką” historia śląskich osadników w Teksasie.

Nie tylko skecze

 - Nie pisałem po śląsku - zastrzega Artur Pałyga. - Nie znam śląskiego. To znaczy nie umiem pisać po śląsku ani mówić. To była pierwsza moja sztuka, która od razu, na bieżąco, była przekładana na gwarę śląską - mówi bielski dramaturg.

Artur Pałyga nie ma jednak wątpliwości, że warto robić spektakle w języku śląskim. - Dlaczego warto? Bo język wtedy żyje - odpowiada dramaturg. - Bo istnienie gwary śląskiej jest wartością. I warto, żeby żyła. I rozwijała się. Tym bardziej, że jest to język, którym mówi wielu ludzi - zauważa.

Nasz rozmówca podkreśla, jak ważne jest, żeby ludzie, którzy mówią po śląsku, dla których jest on językiem domowym, rodzinnym czuli jego pełnoprawność. Żeby wiedzieli, że nie tylko skecze i piosenki, ale też teatr może być domem gwary śląskiej.

Miejsce dla bielszczan

W podobnym tonie wypowiada się Marcin Melon, katowiczanin z pochodzenia, bielszczanin z wyboru, twórca postaci „Komisorza Hanusika”, czyli cyklu najbardziej poczytnych kryminałów pisanych po śląsku.

 - W śląskiej mowie zawsze była ogromna moc - uważa Marcin Melon. - Chociaż przez wiele lat z politycznych powodów ta moc była na siłę upychana w ciasnym gorsecie folkloru. Wmawiano nam, że ten język nadaje się wyłącznie do opowiadania wiców, podczas gdy był to żywy język, przez pryzmat którego tysiące ludzi postrzegało swoje życie - ocenia pisarz.

Zdaniem Marcina Melona, w literaturze tworzonej po śląsku jest miejsce także dla bielszczan. - Chcę, by historie, które opowiadam, brzmiały w sposób naturalny - wyjaśnia twórca śląskiego Sherlocka Holmesa. - Dziś śląski etnolekt nie jest powszechnie słyszany na bielskich ulicach. Stąd akcja moich powieści częściej rozgrywa się gdzie indziej. Nie znaczy to oczywiście, że Bielsko i Śląsk Cieszyński mają pod tym względem mniejsze prawa niż Katowice, Rybnik, Racibórz czy Opole - zaznacza Marcin Melon.

Szansa na zbliżenie

Również Juliusz Wątroba, znany bielski poeta i satyryk, który urodził się w Rudzicy podkreśla związek naszego miasta ze Śląskiem Cieszyńskim.

 - Trzeba sobie uświadomić, że Bielsko wchodziło w skład Księstwa Cieszyńskiego, więc i tradycyjny strój, zwyczaje czy wreszcie gwara Śląska Cieszyńskiego - przybliża Juliusz Wątroba, którego ostatni tomik poezji („Wczora była niedzieliczka”) napisany jest gwarą. - I na ziemiach, które przez siedem wieków były pod obcym panowaniem, przerwał ten piękny język, przekazywany z pokolenia na pokolenie. A ja miałem to szczęście, że był to mój pierwszy język, dopiero później dotarł do mnie ten literacki - wspomina bielski twórca.

Czy takie bielsko-śląskie zbliżenie kulturalne przyniesie pozytywne zmiany? Czy przełamie lody i uwolni niektórych bielszczan od antyśląskich fobii? - Sądzę, że nawet ci, którzy mają wspomniane antyśląskie fobie powinni się uśmiechnąć słysząc, jak kowboje mówią gwarą śląską - przewiduje Artur Pałyga.

MCI