Żeby tu trafić, trzeba nieco pokluczyć. Podwórko na tyłach bielskiego „Zabawowa” obrośnięte jest bluszczem, obok warsztat samochodowy, po sąsiedzku trwa remont. Stare pofabryczne budynki zyskują nowych lokatorów. A wraz z nimi nowe życie i tożsamość. To przeplatanie starego z nowym czuje się tu na każdym kroku. Czekam na Sebastiana Hermanowskiego, w środowisko znanego jako Herman.

Herman, jak mogłam się tego spodziewać, przyjechał na oldskulowym skuterze. Otwiera bramę i wpuściwszy mnie do nieco industrialnego pomieszczenia, szybko ją zamyka. - Bo jakby sąsiedzi zobaczyli, że tu jestem, zaraz by przyszli i nie mielibyśmy szans spokojnie porozmawiać. Ciągle mnie tu ktoś odwiedza - dodaje.

Prawdziwe muzeum skuterów

Wchodzimy do jasnych pomieszczeń, podzielonych na trzy części. W jednej z nich warsztat, jakieś rozgrzebane sprzęty. W drugiej - prawdziwe muzeum skuterów! Zupełnie nowe na mapie Bielska-Białej miejsce, o którym jeszcze mało kto wie. Jedynie koledzy, którzy pomagali mu je urządzić. Babcia, u której dotąd trzymał swoje skarby. Nasz wspólny znajomy, Jakub Jurczyk, który kilka dni temu zdradził mi tajemnicę tego miejsca. Herman znany jest w środowisku snowboardowym Bielska-Białej. Przed laty był instruktorem snowboardu, prowadził jeden z najlepszych freestyle’owych klubów w Polsce - Herman Team, organizował imprezy snowboardowe. Teraz, jak sam mówi, snowboard w Bielsku-Białej już nie istnieje.

 - Nie ma żadnego klubu, nikt nie szkoli dzieci. Nie ma zainteresowania. To dziwne, bo mamy góry na wyciągnięcie ręki. Takie kluby są w Warszawie, Krakowie, Katowicach, a u nas nie. Trochę szkoda - mówi. I pokazuje mi to, co zawładnęło jego sercem. Przede mną w równych rzędach stoi kilkanaście, może kilkadziesiąt skuterów. Starych, w różnym stopniu odnowionych lub nie. Rasowych. Głównie są to włoskie vespy - modele kultowe i trudno dzisiaj dostępne.

Mają po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat i niezaprzeczalny urok minionych dekad. Prawdziwe cacka, zabaweczki wyróżniające się dbałością o detal, materiały i wykończenie. Herman zbiera skutery od ponad dwudziestu lat, ale dopiero teraz udało mu się wyeksponować je w jednym miejscu, dotąd rozsiane po garażach rodziny i znajomych. Tu stworzył coś w rodzaju muzeum i warsztat, w którym odnawia niektóre modele.

 - Część z nich jest na sprzedaż, ale większość to kolekcjonerskie egzemplarze. Są tu modele, za którymi chodziłem po dziesięć lat, bardzo wartościowe. Ale są na przykład vespy 50, których mam kilka modeli. Gdyby ktoś chciał zamówić u mnie odnowiony skuter, musi się liczyć z tym, że na gotowy będzie czekać około roku. Można sobie zamówić kolor, wykończenie, co się komu podoba. Tego nie da się zrobić w dwa miesiące. Wszystkie elementy muszą być najwyższej klasy, jeśli się da - oryginalne. Tego zresztą dziś już nikt nie robi. Miałem takich dwóch speców kiedyś, dziadków po siedemdziesiątce, którzy mieli bardzo dużo czasu, ale też fach w ręce i każdy element potrafili wykonać perfekcyjnie. Siedziało się u nich wtedy cały dzień, bo oni chcieli porozmawiać. Tylko wtedy robota szła, kiedy mieli towarzystwo. Ale poumierali, a dziś nie ma takich rzemieślników. Dlatego dłubiemy w tym sami z kolegami. Na lakierni też trzeba długo czekać, bo to nie są proste elementy, mnóstwo detali, nie tak jak w samochodzie - wyjaśnia Herman i prowadzi mnie po schodkach do jeszcze jednego miejsca, które przypomina pomieszczenie klubowe. Jest barek, stół, leżaki. I mnóstwo oldskulowego sprzętu.

Zdobywał w różny sposób

Herman wyjaśnia mi, że wszystkie odnowione modele są sprawne i można na nich jeździć. Ale wymaga to najpierw dotarcia, a potem specjalnego traktowania. Wówczas skuter odwdzięczy się tym, że będzie nie do zajechania. I jego właściciel nie będzie chciał się go pozbyć. Tak jak Włosi, którzy wybuchają śmiechem na pytanie, czy sprzedadzą swoją staruszkę vespę.

 - Miałem kiedyś taką sytuację, byłem we Włoszech. Miasteczko Vinci. Jechaliśmy przez jakąś wioskę. I nagle widzę stareńką, przepiękną vespę opartą o płot. Rozglądam się wokół i widzę starego dziadka. Pytam, czy to jego vespa i czy by mi jej nie sprzedał. A on w śmiech i prowadzi mnie do takiego wielkiego garażu. Otwiera, a tam wypasiony samochód. I mówi: „Weź ten samochód, weź moją żonę. Ale vespy ci nie sprzedam”. Taki mają do tych skuterów sentyment. Albo raz trafiłem do miejsca niesamowitego we Włoszech. Przed takimi starymi drzwiami siedziało dwóch starszych panów i coś tam rozmawiali, coś naprawiali. Widzę, że elementy do skutera. Pytam, czy nie wiedzą o kimś, kto ma do sprzedania skuter. A wtedy jeden z nich otworzył te drzwi, a tam chyba z 3000 skuterów. Oszalałem. Aż wykrzyknąłem, że chciałbym mieć choć jeden z tych skuterów, a on na to, że on też. Okazało się, że oni te skutery naprawiali. Zwożono im je całej okolicy na dwa, trzy miesiące, a oni powoli, z namaszczeniem przywracali im sprawność - opowiada.

Swoje egzemplarze zdobywał w różny sposób, często w Polsce, kiedy ich cena jeszcze nie była tak wysoka jak teraz albo ludzie nie znali się na tym, co chcieli sprzedać. - Obecnie dużo znajduję przez internet. A można trafić na prawdziwe perełki. Gdzieś za Wrocławiem człowiek wystawił vespę, ale napisał tylko, że ma skuterek do sprzedania. Zadzwoniłem od razu, że przyjeżdżam po niego. Bo znam się na tym i wiedziałem, że fajny skuterek. Dobrze, że tam pojechałem z kolegą, bo GPS przestał nam działać. Drogi nie było, pół godziny jechaliśmy przez las. Wyjeżdżamy, już było ciemno, a tam trzy domy. Widzę właściwy numer i wielki napis „SOŁTYS”. A on już czekał z obiadem, żona, dzieci, wszyscy na nas czekali. Dałem mu od razu tę umówioną sumę, to jeszcze mnie zrugał, dlaczego się nie targuję, a ja wiedziałem, że to i tak dobra cena. Człowiek przesympatyczny, chciał, żebyśmy zostali na noc. Mówię mu, że gdyby nie internet, to w życiu bym na niego nie trafił. A on na to „Panie, wczoraj nam zamontowali i syn od razu wystawił ten skuter”.

Coraz więcej pasjonatów

Herman ma około 50 modeli skuterów. Na antresoli kolekcja starych desek snowboardowych, sprzed 20 lat. Stare radia, rowery, płyty. Miejsce niepowtarzalne, osadzone w poprzednich latach, a przy tym designersko współczesne, bez zadęcia. W przyszłości planuje rozszerzenie działalności o sprzedaż gadżetów związanych ze swoją pasją.

 - Bo prawdziwych pasjonatów skuterów jest coraz więcej. Coraz częściej widok jadącego na oldskulowym skuterku budzi sympatię, a nie śmiech. I dlatego właśnie powstało nasze miejsce. Z pasji. Z miłości do tego, co już minęło, ale ma swój klimat i duszę. Chcemy, żeby od września można tu było przyjść, posiedzieć, pogadać i poczuć styl tamtych lat. A może zakochać się w tych niepowtarzalnych maszynach - podsumowuje nasze spotkanie.

Wychodzę bogatsza o wiedzę i cieszę się, że są w naszym mieście tacy zapaleńcy jak Herman, którzy tworzą swój kawałek świata i w ten sposób nasz świat staje się ciekawszy. Na pewno tu jeszcze wrócę, żeby zobaczyć, jak rozwija się jego „królestwo”, albo po to, aby przysiąść na leżaczku i wysłuchać kolejnej opowieści o świecie czarujących skuterów. 

Anita Szymańska (2B Style)

Foto: Herman