Mekką fanów landkitingu stał się rzadko używany zakątek lotniska w bielskich Aleksandrowicach. Mimo braku formalnej zgody aeroklubu, zapaleńcy mogli dotychczas bez większych przeszkód oddawać się w tym miejscu swojemu hobby. Ale może się to zmienić. Aeroklub zamierza się ich pozbyć z lotniska.

W ścisłym znaczeniu landkiting jest to jazda i akrobacje na desce mountainboardowej z latawcem pociągowym. Ten sport o egzotycznie brzmiącej nazwie z każdym rokiem zyskuje na popularności. Znalazł entuzjastów także w Bielsku-Białej. Pojawił się w naszym mieście w połowie minionej dekady, a dziś uprawia go kilkudziesięciu zapaleńców.

Idealne warunki

 - Są to osoby w przedziale wieku od 15 do 50 lat, mężczyźni i kobiety. Wciąż dołączają nowi - przybliża Jakub Figura, jeden z pionierów landkitingu w Bielsku-Białej. - Atutem jest to, że w przeciwieństwie do kitesurfingu, czyli surfowania z latawcem na wodzie, tę dyscyplinę sportu można uprawiać przez cały rok.

Problem w tym, że jedynym miejscem w Bielsku-Białej z dobrymi warunkami do uprawiania landkitingu jest lotnisko w Aleksandrowicach. - To najlepsze miejsce w promieniu 60 km - podkreśla Jakub Figura. - Stwarza idealne warunki: teren jest otwarty i płaski, położony dość wysoko, niezabudowany i nieporośnięty drzewami, a wiatr wieje z wszystkich kierunków - wylicza nasz rozmówca.

Alternatywą mogłoby być wzgórze Trzy Lipki. - Warunki są tam jednak fatalne - ocenia Jakub Figura. - Rośnie wysoka trawa, a teren jest nierówny - dodaje.

Bez zgody aeroklubu

W tej sytuacji mekką fanów landkitingu stał się rzadko używany zakątek bielskiego lotniska. Od strony ul. Zwardońskiej sąsiaduje z zabudową mieszkalną i restauracją „Rancho pod Strusiem”. Mimo braku formalnej zgody aeroklubu, dotychczas bez większych przeszkód zapaleńcy mogli oddawać się w tym miejscu swojemu hobby. Niedługo może się to jednak zmienić. Aeroklub zamierza się ich pozbyć z lotniska. Trwają już prace, których celem jest ogrodzenie terenu płotem.

 - Nie rozumiemy, skąd ta niechęć do landkitingu - dziwi się Jakub Figura. - Rozmawialiśmy z władzami aeroklubu, proponując współpracę. Miałaby ona polegać na założeniu nowej sekcji aeroklubu z wyznaczonym opiekunem dla osób uprawiających landkiting, analogicznej do sekcji modelarskiej czy spadochronowej. Jej członkowie opłacaliby składki i przestrzegali regulaminu. W zamian chcieliśmy otrzymać prawo czasowego korzystania z kawałka lotniska - tłumaczy Jakub Figura. - Spotkaliśmy się jednak z odmową - przyznaje z żalem.

Za małe lotnisko

Aeroklub uzasadnia odmowę względami bezpieczeństwa: - Nasze lotnisko jest za małe - twierdzi Roman Gancarczyk z Aeroklubu Bielsko-Bialskiego. - Obecność na nim osób uprawiających tę dyscyplinę przyczynia się do wzrostu zagrożeń - uważa przedstawiciel aeroklubu.

Miłośnicy landkitingu nie zgadzają się z taką argumentacją: - Zagrożenie z naszej strony jest mniejsze niż to, które stwarzają modelarze - zauważa Jakub Figura. - Modele mogą się bowiem poruszać w przestrzeni powietrznej nad płytą całego lotniska, latawiec natomiast utrzymywany jest stale w określonym miejscu o średnicy pięćdziesięciu metrów na dwudziestopięciometrowej linie. Poza tym, gdy samoloty startują lub lądują, latawce zostają natychmiast unieruchomione - utrzymuje nasz rozmówca, przywołując przykłady wielu lotnisk, np. w Lesznie, Rybniku czy Gliwicach, gdzie miłośnicy landkitingu mogą legalnie uprawiać swoje hobby.

Co jednak, jeśli aeroklub postawi na swoim, kładąc kres landkitingowi w naszym mieście? - W okolicy porównywalnych, choć nie tak dobrych warunków trzeba by szukać w Rybniku lub czeskim Milikowie - odpowiada Jakub Figura. - Czyli co najmniej 60 km od Bielska-Białej - ubolewa młody bielszczanin.

MCI