Zasadzka w Aleksandrowicach
Dla współczesnych bielszczan lotnisko w Aleksandrowicach to przede wszystkim siedziba aeroklubu. Miejsce lubiane przez mieszkańców miasta, przez ostatnie lata w coraz większej mierze staje się terenem wypoczynkowo-rekreacyjnym. Przy okazji 76. rocznicy kampanii wrześniowej 1939 postanowiliśmy przyjrzeć się roli, jaka przypadła bielskiemu lotnisku w pierwszych dniach II wojny światowej.
Założone w latach 1935-1936 lotnisko od początku służyło Szkole Lotniczej Ligi Obrony Powietrznej im. Józefa Piłsudskiego. W pierwszych latach istnienia odbywały się tu liczne szkolenia i pokazy lotnicze, aeroklub prężnie się rozwijał. Historia wymusiła jednak przerwanie działalności LLOP. W sierpniu 1939 samoloty aeroklubu zostały przeniesione do Masłowa koło Kielc. Lotnisko w Aleksandrowicach miało służyć tzw. zasadzce myśliwskiej.
W oczekiwaniu na wroga
W sierpniu 1939 roku niemieckie samoloty rozpoznawcze zaczęły coraz śmielej naruszać polską przestrzeń powietrzną. Dowódca Armii „Kraków”, odpowiedzialnej za obronę Śląska i zachodniej Małopolski, postanowili wykorzystać dwie eskadry myśliwskie do zasadzek na maszyny Luftwaffe. W tym celu 123. eskadrę skierowano na lądowisko koło Częstochowy, a cztery samoloty 121. eskadry przebazowano do Aleksandrowic. Były to samoloty myśliwskie PZL P11 zwane „Jedenastkami”. Wedle różnych historyków, miało je obsługiwać sześciu lub ośmiu pilotów.
- Lotnisko nie było duże, ale wystarczało do bezpiecznych startów i lądowań naszych jednostek [...]. Mieliśmy więc do dyspozycji budynki administracyjne i spory hangar [...].Ponieważ otrzymałem polecenie, aby działać w warunkach polowych, samoloty nasze ukryliśmy w ogrodzie przylegającym do skraju lotniska. W ogrodzie tym stał również opuszczony domek mieszkalny, który wykorzystaliśmy na zainstalowanie stanowiska dowodzenia - wspominał dowódca zasadzki w Aleksandrowicach Wacław Król w książce pt. „Krakowskie skrzydła”.
Spotkania z Dornierami
Aktywność lotnictwa niemieckiego nad Śląskiem była w ostatnim tygodniu sierpnia bardzo duża. Szybko okazało się, że polskie samoloty są zbyt wolne, by gonić niemieckie Dorniery. Ponadto dowódca zasadzki obawiał się, że lotnisko znajdujące się stosunkowo blisko granicy jest łatwym celem do bombardowań, gdyż częste starty i lądowania nie mogły ujść uwadze niemieckiego wywiadu. W pobliżu stanowisk samolotowych wykopano rowy przeciwlotnicze.
Częste spotkania w powietrzu z niemieckimi samolotami kończyły się zawsze tak samo - ucieczką Niemców, co nie napawało optymizmem polskich pilotów. Przepaść techniczna ujawniała się nie tylko w jakości samolotów. Polscy piloci mieli częste problemy z łącznością, w dodatku obowiązywał ich absolutny zakaz naruszania niemieckiej przestrzeni powietrznej. Na własnym terenie mogli więc tylko przeszkadzać Niemcom na tyle, na ile to możliwe i czekać na rozwój wydarzeń.
To wojna
Nad ranem 1 września rozpoczęła się wojna, Niemcy zbombardowali lotnisko w Rakowicach, główną siedzibę 121. eskadry. Tymczasem piloci zasadzki w Aleksandrowicach odbywali loty nad Śląskiem. Już w trakcie pierwszego z nich dowódca zasadzki miał styczność z niemieckim samolotem nad Zagłębiem, ale atak był nieskuteczny. Rankiem, gdy samoloty stały na lotnisku, kilkanaście niemieckich bombowców znalazło się nad Bielskiem, lecz bomby przeznaczone na Aleksandrowice prawdopodobnie omyłkowo zrzucono na mikuszowickie Błonia.
Następny lot zakończył się zestrzeleniem jednego niemieckiego Dorniera (Do-17) i uszkodzeniem jednego z polskich samolotów. Kolejna niemiecka maszyna, Henschel (Hs-126) została dostrzeżona po godz. 11 w okolicach Kęt i zestrzelona przez samego Wacława Króla. Trzeci niemiecki samolot (He-111) zestrzelono w godzinach popołudniowych nad linią kolejową Katowice-Żory.
Historia znana i nieznana
Podsumowując. Dostępna historiografia mówi o zestrzeleniu trzech niemieckich samolotów i nieznacznym uszkodzeniu jednego z polskich. Biorąc pod uwagę przepaść techniczną, jaka dzieliła polskie lotnictwo od niemieckiego, oznacza to sukces pilotów startujących z naszego lotniska. Już późnym popołudniem 1 września zasadzka została zakończona, a piloci odlecieli, by dołączyć do swojej eskadry, którą przerzedziły już dwa bombardowania lotniska w Rakowicach.
Historia zasadzki w Aleksandrowicach jest wciąż żywa. Nasz artykuł przedstawia jedną z wersji, która opiera się przede wszystkim na wspomnieniach słynnego pułkownika Wacława Króla (później m.in. pilot tzw. Cyrku Skalskiego). Niektórzy historycy kwestionują sukcesy pilotów startujących z Aleksandrowic. Żadnych wątpliwości nie budzi pierwsze z opisanych zestrzeleń. Kwestionowane są natomiast inne zestrzelenia, choć znane są liczne szczegóły, a nawet nazwiska pilotów uczestniczących w zasadzce.
Piotr Skarewicz
Galeria:
Komentarze 8
Nie można się rozpisać o walkach w czasie drugiej wojny, bo walk w Bielsku w czasie II wojny nie było. Pojedyncze incydenty to jedyne przypadki jakie można poruszyć. Regularne bitwy Polaków z Niemcami w Bielsku to mit.
@tom.tom: we wrześniu 1939 nie możemy mówić chyba jeszcze o partyzantach, raczej o regularnej polskiej armii, czy jej resztkach
Miło czytać coś, co nie dotyczy tylko polityki i wpadek Ratusza.
Interesowałem się kiedyś historią tej właśnie zasadzki z powodu właśnie Króla i tego, że latał nad domem moich dziadków.
Historia jednak ma to do siebie, że nie jest nauką ścisłą.
Później wpadły mi w ręce wspomnienia któregoś z polskich pilotów. W jego opinii i opinii kolegów, Król nie jest zbyt wiarygodnym źródłem. Lubił konfabulować, przeinaczać fakty. A nawet przekręcać i zapominać nazwisk swoich kolegów pilotów.
Każdy pilot myśliwski jest jak wędkarz, twierdzi, że złowił taaakiego messerschmitta.
Zacząłem drążyć trochę temat i ścisłe do tej pory dane zaczęły się rozmywać.
Najpopularniejsza wersja, która istnieje w świadomości pochodzi z popularnej książeczki z serii "Żółty tygrys".
Lepiej opisane losy "naszej" zasadzki są na stronie:
http://archiwum.308.cieszyn.pl/308old%23@@s/pierwsza.html
jak widać, nie wszystko jest pewne i wyjaśnione po dzisiejszy dzień.
Są tam dalsze źródła, choć do dziś pojawiły się pewnie i następne. Nie śledziłem specjalnie tego tematu w ostatnich latach. Być może z archiwów niemieckich wyszło coś więcej.
W niektórych nawet autorzy potrafią przeinaczyć fakt, że rozbitym na lotnisku samolotem nie był P-11 a "Czapla". Jak widać, nie można wierzyć tylko jednemu autorowi wspomnień, nawet jeśli to sam as naszych pilotów.
Na Beskidii dostępne są zdjęcia uszkodzonego P-11.
Pozdrawiam i czekam na następne artykuły,
P.


Klauzula informacyjna ›