- Wielokrotnie przejeżdżałem przez Bielsko-Białą wieczorami, mijając teatr, zamek. Bardzo mi się podobało. I zdarzyło się, że ktoś pokazał mi mieszkanie, bardzo jasne, przestronne, w samym centrum, powiedziałem - dlaczego nie? Dlatego Apostolis jest teraz z nami.

Rozmowa z wybitnym artystą Apostolisem Anthimosem, z pochodzenia Grekiem, z wyboru - bielszczaninem, gitarzystą grupy SBB. 

Urodził się pan na Śląsku, mieszkał w Grecji, jak znalazł się pan w Bielsku-Białej?

 - Życie mnie tak poprowadziło. Był czas, że tam, w Grecji, miałem sporo pracy, żyłem z muzyki, a z czasem tej pracy więcej pojawiało się tutaj. Koledzy zapraszali mnie do realizacji projektów. Jeszcze w latach 80. bardzo często bywałem w Polsce, nagrywając i koncertując m.in. z Tomkiem Stańko. Tomek z kolei na moje zaproszenia przyjeżdżał do Grecji, co zaowocowało m.in. płytą „Cameleon”, nagraną w ateńskiej wytwórni Utopia. Wielokrotnie przejeżdżałem przez Bielsko-Białą wieczorami, mijając teatr, zamek. Bardzo mi się podobało. Spotkałem w Bielsku-Białej dwóch świetnych muzyków - Roberta Szewczugę i Krzysztofa Dziedzica, z którymi gram od lat. I zdarzyło się, że ktoś pokazał mi mieszkanie, bardzo jasne, przestronne, w samym centrum, powiedziałem - dlaczego nie?

Koncerty z Niemenem

Ma pan greckie korzenie, czy grecka tradycja jest w pana domu obecna?

 - Moi rodzice oboje są Grekami, pochodzą z różnych regionów Grecji, ale poznali się w Polsce. Ja urodziłem się w Polsce i mój dom rodzinny, mimo że rodzice są Grekami, był już mocno spolszczony. Sąsiedzi byli Polakami. Mieszkaliśmy w Katowicach, a nie w żadnym greckim skupisku, jak Wrocław czy Szczecin, tylko wśród Polaków. Owszem, mieszkały w Katowicach trzy inne rodziny greckie, z którymi spotykaliśmy się raz w tygodniu, jednak otaczali nas polscy sąsiedzi. Ja uczęszczałem normalnie do polskiej szkoły.

Ale mówi pan po grecku.

 - Tak, oczywiście. W domu mówiło się u nas po grecku, ale kiedy zaczął się żłobek, przedszkole, a małe dziecko wszystko niezwykle chłonie, języka polskiego nauczyłem się błyskawicznie.

Co lubi pan najbardziej jadać?

 - W latach 70., kiedy była ciemna komuna, kiedy sporo podróżowaliśmy z Niemenem na koncerty, graliśmy duże festiwale, mieszkaliśmy w eleganckich hotelach, jedliśmy w wykwintnych restauracjach. Potem graliśmy w różnych klubach, a każdy miał swoją kuchnię. Była to głównie wegetariańska kuchnia, która ogromnie mi zasmakowała.

Jest pan wegetarianinem?

 - Teraz jestem już weganinem. Chociaż zjem jakąś rybę od święta. Raczej odrzuciłem wszystkie produkty zwierzęce. Chyba, że się rzucę na jakąś czekoladę od czasu do czasu. Mam zamiar zdrowiej umrzeć (śmiech). Nie piję też kawy i herbaty, nie spożywam glutenu, soi. Zacząłem jeść dużo zielonych rzeczy. I czuję się świetnie.

Muzyka wciąż młoda

Czy często pan koncertuje?

 - Tak, obecnie sporo się dzieje.

Powrót mody na muzykę progresywną, na SBB?

 - Wrócił do zespołu po 20 latach Jerzy Piotrowski, co stało się niejako pretekstem do przypomnienia tego, co robiliśmy 40 lat temu. Jak widać, nasza muzyka się nie starzeje, przetrwała, daje sobie radę.

Ale pan to nie tylko SBB sprzed 40 lat…

 - Oczywiście, że nie. Mam swoje projekty. W Stanach nagrałem 20 lat temu autorską płytę w doborowym towarzystwie - Gil Goldstein, Jim Beard, Paul Werico. Mam cztery swoje projekty, swoje trio, kwartet.

Jest pan rozpoznawalny w Bielsku-Białej?

 - Zauważyłem, że gdy wchodzę do pustego sklepu, to ten po moim wejściu nagle zaczyna się robić pełen (śmiech).

Widzę, że czasem pan biega.

 - Biorę pieska, lecę na Błonia, potem do lasu, jak już się nie da inaczej, to biegam po parku, to blisko.

Podróże sentymentalne

Nie tęskni pan za Śląskiem?

 - Często jestem na Śląsku. Bywam w Bytomiu, Siemianowicach, przejeżdżam przez Koszutkę, gdzie mieszkałem. Odbywam takie podróże sentymentalne. Przejeżdżam koło domu, w którym się urodziłem, i wspominam dawne czasy, ale nie chciałbym tam mieszkać.

A w Bielsku-Białej gdzie można pana spotkać?

 - Chodzę do Fundacji Rozwoju Miasta Bielska-Białej, mam rozstawioną perkusję w biurze u pana Leszka Wasiaka, który jest supersympatycznym moim fanem. Po zamknięciu biura przychodzę ja i tłukę się (śmiech). I generalnie rzadko bywam, wolę w spokoju posiedzieć w domu, pograć trochę.

Kto w pana domu jest szefem?

 - Jak to kto? (śmiech) Wiadomo - Basia. Ona rządzi.

Związek z muzykiem chyba do łatwych nie należy.

 - A to trzeba Basię zapytać (śmiech). Jestem pokojowo nastawionym człowiekiem i staram się rozładowywać wszelkie napięcia, nie tylko w domu, także poza nim. Na pewno żona nie może ze mnie zrobić modela (śmiech). Może chciałaby, abym był nieco bardziej elegancki. Ale zginam się, 35 lat pracy nade mną jakieś tam efekty przynosi (śmiech).

Nie ma nic lepszego

A jak się poznaliście?

 - Mieszkaliśmy blisko siebie. Znamy się w sumie od małego. Zawsze się widywaliśmy. I kiedyś nastąpił splot dogodny wydarzeń, to chyba na koncercie było, dzięki znajomym, fajnie się zrobiło i tak już zostało.

Czy po tylu latach sprawia panu nadal radość koncertowanie? Czy pana to nie nudzi?

 - Nie no, nie ma o tym mowy. Ja cały czas myślę o graniu, to jest całe moje życie. Bez tego człowiek czuje się niepotrzebny. Nie wiedziałbym, co poza tym robić.

Czyli umrze pan z gitarą w ręku?

 - Raczej się postaram (śmiech). Cały czas mam jakiś niedosyt. To jest dziwne uczucie, to jest taka kąpiel w dźwiękach, które dają ci satysfakcję, spełnienie. Parę dźwięków, które możesz wydać z siebie. Nie ma nic lepszego.

Nad czym pan pracuje teraz?

 - Jest kilka projektów, które muzycznie już istnieją, ale żeby stworzyć coś nowego, trzeba czasu, trzeba TEJ chwili, ale jak już TA chwila nadejdzie, staram się szukać swojego wyrazu, przenieść to na barwę dźwięku. Jak w malowaniu, te barwy są kolorowe, bardziej lub mniej jaskrawe, czasem agresywne. Szukam swojego ruchu pędzla. Żeby ktoś mógł powiedzieć: „O, to jest on”. Poniekąd to mi się udaje po tylu latach - mieć swój zarys, być odróżnianym w jakiś tam sposób, taki jest cichy cel.

Ostatni przystanek w życiu?

Fenomenem jest, że na wasze koncerty przychodzą nie tylko ci, którzy pamiętają koncerty w latach 70., ale młodsi, 30-, 40-latkowie. Pan i pana koledzy z zespołu potrafią ściągnąć taką rzeszę ludzi, którzy was chcą posłuchać na żywo.

 - I to właśnie nas motywuje do dalszej pracy, bo jak by tego nie było, to co? To jest swego rodzaju współpraca - ja gram, a ktoś tego słucha. Inaczej się nie da. Jak nie przychodzi nikt, to zbieram manatki, kładę się do trumny i do widzenia. Byleby buty były czyste (śmiech).

Myśli pan o wydaniu autobiografii?

 - Nie wiem, czy to kogoś będzie interesowało. Jestem takim „lokalnym” gitarzystą (śmiech). Zespół jest oczywiście znany na całym świecie.

Czy Bielsko-Biała to ostatni przystanek?

 - Nie wiem tego. Życie samo pokazuje, gdzie trzeba skręcić. Tak do Grecji wykręciłem tuż przed stanem wojennym, nie planując tego. Chciałem zostać w Stanach, gdzie bardzo mi się podobało, ale na Stany mam za słaby charakter. Siedziałem przez rok w Nowym Jorku, lecz to miasto powoduje, że człowiek wpada w różne historie, z których może nie wyjść. Całe szczęście, że wyszło tak, jak wyszło. I cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem, i mogę robić to, co robię.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Ściera (2B STYLE)

Foto: Tomasz Koperwas