Diagnoza: zakupoholizm
Kolejka ustawia się już przed siódmą. Kiedy o ósmej otworzą market, Ewa będzie pierwsza. Na zakupach spędzi trzy, cztery godziny. Tyle dziś promocji, że specjalnie wzięła wolne w pracy. Potem pobiegnie do domu, żeby wszystko schować przed córkami.
- Zawsze powtarzał się ten sam scenariusz - wspomina Ewa, elegancka blondynka w średnim wieku, pracująca w butiku z modą w jednym z bielskich centrów handlowych. - Nie umiałam się oprzeć tak zwanym okazjom czy przecenom, do których miałam łatwy dostęp. Potrafiłam spędzić w sklepie pół dnia. Samo przymierzanie, zdejmowanie z półek i wieszaków, wywoływało u mnie dreszczyk emocji. Czułam przyjemny szum w głowie, zapominałam o problemach. Podchodziłam do kasy z uczuciem spełnienia i ulgi - opowiada Ewa, u której dwa lata temu zdiagnozowano zakupoholizm.
Najpierw były tabletki
Ewa należy do grupy wysokiego ryzyka. Czynnikami zwiększającymi ryzyko uzależnienia są bowiem problemy rodzinne i wpływ innych uzależnień. W przypadku Ewy oba te czynniki odegrały rolę.
- Po rozwodzie zostałam sama z dwiema dorastającymi córkami - przybliża Ewa. - Nie było mi łatwo, ale dawałyśmy sobie radę. Codzienne stresy i zmagania zostawiają jednak ślad w psychice. Zaczęłam sięgać po tabletki. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że nie mogę bez nich normalnie funkcjonować - relacjonuje Ewa, która po stwierdzeniu lekomanii trafiła pięć lat temu po opiekę terapeutów z Błękitnego Krzyża w Bielsku-Białej.
Leczenie nie było łatwe, ale zakończyło się sukcesem. Od tamtego czasu Ewa zasypia bez tabletek nasennych i przeciwbólowych. Niestety, w miejsce jednego uzależnienia, pojawiło się inne.
Kupowała na zapas
Początkowo nie podejrzewała niczego złego. Po zakończeniu terapii zauważyła, że ma dużo wolnego czasu. Dla zabicia nudy zaczęła chodzić po sklepach. Jej uwagę przyciągały promocje i wyprzedaże. Z czasem zakupy weszły jej w nawyk do tego stopnia, że planując czas wolny, sięgała po gazetki i ulotki reklamowe. Dla atrakcyjnej wyprzedaży gotowa była urwać się z pracy lub wziąć pół dnia wolnego. Nie chciała przepuścić żadnej okazji.
- Zakupy stały się moją obsesją - przyznaje Ewa. - Kupowałam na zapas. Były to rzeczy niejednokrotnie już niemodne albo zupełnie mi niepotrzebne. Lubiłam też robić prezenty. Nie miałam poczucia, że postępuję niewłaściwie. Przeciwnie, uważałam się za osobę zaradną, która wie co i za ile kupić - wspomina.
Przez te „okazyjne” zakupy w domu zaczęło brakować pieniędzy. Gdy trzeba było zapłacić rachunek za prąd, Ewa pożyczała od sąsiadów. Oddawała w następnym miesiącu. Nie zważała na uwagi córek, które coraz częściej dziwiły się, że mama kupuje coś, co już ma. Żeby nie musieć się tłumaczyć, wynajdywała sprytne schowki na przecenione buty czy nowe ręczniki z promocji.
Choroba cywilizacyjna
- Pierwszy raz zreflektowałam się, że coś jest nie tak, gdy zmienialiśmy mieszkanie - opowiada Ewa. - Podczas przeprowadzki znajdowałam poupychane w różnych kątach pudełka i pakunki. Leżały nie wiadomo jak długo, nierozpakowane i zapomniane.
Niedługo potem Ewa poprosiła o pomoc psychologów. Konsultanci z Błękitnego Krzyża nie mieli wątpliwości w sprawie diagnozy. - Zakupoholizm jest poważną chorobą cywilizacyjną - podkreśla Edyta Pacut, specjalista psychoterapii uzależnień w Śląskiej Fundacji Błękitny Krzyż. - Polega na silnym uzależnieniu behawioralnym. Całe szczęście, daje się leczyć. Osobom takim, jak pani Ewa udzielamy pomocy w bielskim ośrodku i innych placówkach w regionie.
Po dwóch latach terapii uważa, że najgorsze ma za sobą. Do sklepu chodzi z listą zakupów. Nie kupuje niczego, czego na niej nie ma. Ma poczucie, że odzyskała kontrolę nad swoim życiem. Pozostaje jednak niepokój: - Stale się boję, że za którymś razem zabraknie mi sił i nie zapanuję nad sobą - martwi się Ewa.
MCI
PS. Imię oraz niektóre fakty z życia głównej bohaterki zostały na jej prośbę zmienione.

Klauzula informacyjna ›