Kontrowersyjny tekst, niezwykłe kreacje aktorskie oraz dyrektor w nietypowej roli - to wszystko znajdziemy w najnowszym przedstawieniu Teatru Polskiego. Premiera „Apokalipsy homara” odbyła się na początku marca, ale zaległości recenzyjne odrabiamy z przyjemnością. Spektakl może zaskoczyć niejednego widza.

„Apokalipsa homara” (w oryginale „Dinner”), to czarna komedia brytyjskiej artystki Moiry Buffini, z sukcesami wystawiana w wielu londyńskich teatrach. W Polsce sztuka do tej pory trafiła jedynie na scenę krakowskiego Teatru Ludowego. W Bielsku-Białej zrealizował ją doskonale znany tutejszej publiczności aktor i reżyser, a w latach 1999-2005 dyrektor Teatru Polskiego, Tomasz Dutkiewicz.

Kolacja w kameralnym gronie

Fabuła „Apokalipsy homara” zdaje się być przewidywalna. Pisarz Lars (w tej roli Rafał Sawicki) wydaje książkę. Jego żona Paige (Anna Guzik-Tylka ) postanawia uczcić ten fakt zorganizowaniem w domu niecodziennej kolacji w kameralnym gronie starannie dobranych gości, wśród których znaleźli się Malarka, Naukowiec i Seksbomba. Paige wprawdzie otwarcie przyznaje się, że książki nie czytała, ale drobiazgowo planuje i wciela w życie scenariusz wieczoru. Ten zaś, jak to w czarnej komedii bywa, z pewnością na długo zapadnie gościom w pamięci.

 - Od dawna chciałem zrealizować tę sztukę. Teatr w Warszawie, którego jestem dyrektorem, nie pasuje do takiego repertuaru, bo „Apokalipsa homara” posiada cechy komedii, ale czarnej, w której śmiech więźnie w gardle. Szukałem miejsca, gdzie publiczność udźwignie ambitną sztukę, a zespół aktorski podoła trudnym rolom. Moje nadzieje, plany związane z tym spektaklem na razie się spełniły - mówi reżyser Tomasz Dutkiewicz.

Przepisy Moiry Buffini

Widz szybko przekonuje się, że „Apokalipsa homara” nie będzie lekką komedyjką. Koncepcja przyjęcia według Buffini wiąże się w niemałym stopniu z wyznawaną przez Larsa i opisaną w jego najnowszej książce filozofią życiową. Buffini gotuje filozoficzno-egzystencjalną zupę przyprawioną aluzjami literackimi, a nawet religijnymi, przez co można ją momentami oskarżyć o bluźnierstwo.

Przyjęcie jest od początku do końca reżyserowane przez panią domu. Jej zdumiewające „artystyczne kulinarne kreacje” okazują się dla gości nie do przełknięcia. Na stole ląduje kapuściana głowa i mrożone odpadki. Integracyjne gry towarzyskie skupiają się na żartach o śmierci i samobójstwie. Bohaterowie toczą między sobą nietuzinkową grę o to, kto powie na temat drugiego więcej złośliwości.

Ustalony przez panią domu scenariusz burzy pojawienie się kierowcy furgonetki, który szuka pomocy po wypadku drogowym. Atmosfera z każdą chwilą staje się cięższa, zagęszcza się na podobieństwo niepokojącej mgły za oknem. Dramaturgię Buffini wieńczy zaskakujące zakończenie i metafora postaci milczącego kelnera. - Postać kelnera jest bardzo istotna w tym spektaklu. Taka rola uczy pokory aktorskiej. Mam nadzieję, że przypadło mi to w udziale, bo znowu chciałem pobyć na scenie - tłumaczy odtwórca roli kelnera, a na co dzień dyrektor Teatru Polskiego Witold Mazurkiewicz.

Angielskie poczucie humoru

Inscenizacja „Apokalipsy homara” jest ryzykownym przedsięwzięciem. Z jednej strony - od tytułu począwszy - jest to nietypowe, zabawne przedstawienie, z drugiej - czarna komedia będąca metaforą marności ludzkiej egzystencji. Zespół teatru podołał wyzwaniu. Reżyseria Dutkiewicza w umiejętny sposób uwydatnia siłę tekstu dramatycznego. Jednolita scenografia, również jego autorstwa, nie rozprasza widza. Wielkie brawa należą się wszystkim artystom występującym w tej sztuce. Za najbardziej barwną należy uznać Jagodę Krzywicką w roli malarki, którą dramaturg i reżyser wykreowali od początku do końca.

„Apokalipsa homara” nie spodoba się każdemu widzowi. Żeby zrozumieć jej wymowę, trzeba znać konteksty, do których autorka się odwołuje. Buffini krytykuje obłudę, podział na warstwy społeczne, związki międzyludzkie. Źródłem komizmu są przede wszystkim absurd i groteska typowe dla angielskiego poczucia humoru, które Dutkiewicz umiejętnie podkreśla apokaliptyczną muzyką. W końcu idea organizacji przyjęcia sama w sobie bywa już wystarczająco absurdalna.

Zapewne wielu z nas zna sytuacje, gdy jako gospodarz musieliśmy dostosować uroczystość odpowiednio do zaproszonych gości lub jako gość staliśmy się niemymi świadkami kłótni gospodarzy. Jak mówi jeden z bohaterów sztuki: ,,Nie jesteśmy lepsi od mikrobów. Tak samo nawzajem się zjadamy”. Ze względu na specyfikę tego interesującego spektaklu uważam, że lepiej byłoby wystawić go na małej scenie. Wtedy uczestnictwo widzów w groteskowym przyjęciu byłoby bardziej wymowne.

Agnieszka Pollak-Olszowska

Foto: Teatr Polski