W poprzednim odcinku tego cyklu pisaliśmy o atrakcjach kulinarnych pierwszej bielskiej pizzerii, którą otwarto na początku lat 80. Dziś wspominamy jedną z najlepszych restauracji tamtego okresu - zajazd przy ul. Bystrzańskiej. Dziś lokal jest nieczynny, choć były czasy, gdy na obiady do „Klimczoka” przyjeżdżała elita miasta. Podobno przez długie lata wiernym smakoszem miejscowej kuchni był Jacek Krywult.

Restauracja - zajazd Klimczok została oddana do użytku w 1978 roku. Obiekt wybudowany od podstaw, gdzie znaczną część powierzchni przeznaczono na zaplecze magazynowo-socjalne, składał się z trzech kondygnacji. W sali restauracyjnej było 40-50 miejsc przy stolikach. Lokal kategorii drugiej (tj. bez działalności rozrywkowej) zatrudniał 25-30 stałych pracowników oraz grupę uczniów szkoły gastronomicznej.

 Bez dancingu

Zgodnie z ówczesnym programem kształcenia, na praktyki zawodowe w restauracjach przeznaczone były trzy dni w tygodniu. W ramach nauki zawodu uczniowie wykonywali w lokalu różne zajęcia - od wyładunku węgla do piwnicy po pomoc w kuchni. Jeśli uczeń trafił do szkoły dzięki pasji, a nie z konieczności, mógł sporo się nauczyć, podpatrując doświadczonych mistrzów patelni.

 - W Klimczoku pracowałem od września 1980 do czerwca 1981 - wspomina Mirek Drewniak, wówczas 16-letni uczeń bielskiego „gastronoma”, a dziś autor wielu książek kucharskich i szef restauracji „Dworek-New Restaurant” w Bielsku-Białej. - Formalnie mieliśmy wtedy status pracowników młodocianych PSS Społem, których oddelegowano do szkoły na czas nauki.

W tej samej kategorii co Klimczok, w Bielsku-Białej funkcjonowały wtedy takie restauracje, jak m.in. Starówka przy placu Smolki, Szarotka (w miejscu obecnego Magnum) czy Teatralna. Konsument spragniony rozrywki mógł wybrać się do Astorii, Prezydenta, Patrii albo Italii. W lokalach pierwszej kategorii menu było podobne, ale można było potańczyć na tzw. dancingu. Kelnerzy mieli w nich mniejsze rewiry, stąd teoretycznie goście mogli liczyć na sprawniejszą obsługę.

Golonka 222

Stały i masowy napływ konsumentów zapewniało Klimczokowi szczęśliwe położenie - przy trasie z Bielska-Białej w kierunku Szczyrku. W tamtych czasach była jedna z nielicznych w okolicy dróg dwujezdniowych. Oprócz turystów zdążających w Beskidy na wypoczynek, wśród klientów było wielu bielszczan, którzy chętnie przyjeżdżali do Klimczoka na niedzielny obiad.

Kuchnia tej restauracji miała kilka specjalności. Po pierwsze, golonka po beskidzku. W tamtych czasach mięso nie było kalibrowane. Dlatego jeden gość otrzymał mniejszą, a inny większą sztukę. Przyrządzanie potrawy kucharze rozpoczynali od usunięcia szczeciny nad palnikiem. Niestety, obecnie spora część lokali po prostu zamawia w hurtowni gotowy produkt, który następnie jest odgrzewany w mikrofalówce.

 - Nie pamiętam, abym kiedykolwiek później miał lepszą golonkę - opowiada Mirek Drewniak. - Wieprzowina była peklowana według receptury „222”, czyli 1 kg mięsa zalewano roztworem składającym się z 200 g wody, 20 g soli oraz 2 g saletry. Do tego czosnek i kolendra, a także czosnek, ziele angielskie i liść laurowy. W zalewie mięso spoczywało do tygodnia w chłodnym miejscu.

Surowiec strategiczny

Po zakończeniu peklowania, na ogromnej patelni elektrycznej kucharze przyrumieniali mięso, a później dusili je z warzywami. Każda sztuka musiała być jędrna, z chrupiącą skórką. Codziennie przyrządzano ok. 40 porcji, które goście zjadali w ciągu dwóch godzin po otwarciu lokalu. Prawdopodobnie klientów byłoby znacznej więcej, gdyby nie normy przydziału mięsa. W PRL wyroby mięsne były surowcem strategicznym.

Inną potrawa, dla której warto było wtedy przyjechać do Klimczoka był kotlet bacówka - schab zwinięty w roladkę nadziewany mieszanką tartego sera żółtego i oscypka. Szybko „schodziły” też befsztyk królewski - ćwierćfuntowy stek z polędwicy podawany z połową brzoskwini (ze słoika lub puszki), jadło drwala (placek ziemniaczany z "wkładem" mięsnym) oraz befsztyk wiślański - z pieczarkami. Zupnymi wizytówkami zajazdu były natomiast ćwiartka kury w rosole, żurek na zakwasie z ziemniakami okraszony maślanką oraz kwaśnica.

Zajazd dysponował dużym parkingiem. Posiadał jeden z pierwszych w mieście ogródków gastronomicznych, gdzie podawano m.in. kiełbasę z rusztu, kurczaka pieczonego, a także piwo w ciężkich kuflach z grubego szkła.

Carmeny spod lady

Kelnerki pracowały w strojach góralskich. Wizytę w lokalu każdy gość rozpoczynał od obowiązkowej szatni. Odzież odbierała starsza pani, która równocześnie pełniła funkcję pisuardessy. U jejmości zawsze można było kupić spod lady deficytowe wówczas na rynku papierosy, np. „Carmeny” czy „Zefiry”. Z okazji korzystali często m.in. pracownicy zajazdu.

Po ukończeniu praktyki w Klimczoku uczeń Mirek Drewniak uczył się zawodu w kolejnych bielskich lokalach, w tym w restauracji Beskidzka przy ówczesnej ul. Dzierżyńskiego. Z biegiem lat zajazd potrafił się oprzeć zalewowi taniego jedzenia z powstających w okolicy barów i fast foodów. Od niedawna jest nieczynny. Miejsce posiada świetną lokalizację, a dla wielu osób ma także wartość sentymentalną. Kto zagospodaruje tę tradycję?

Robert Kowal

O pierwszej pizzerii w Bielsku-Białej pisaliśmy w artykule Buła z kapustą zwana pizzą.