Dakar 2015. Trudno to sobie wyobrazić. Walka na śmierć i życie, bo Dakar to nie Wersal. Dwa tygodnie morderczego ścigania; pot, łzy, radości i tragedie. Wielcy zwycięzcy i jeszcze więksi przegrani. Kolorowy świat reklam i spalone wraki stali - tak tam jest i nie można być tylko kibicem.

Hołowczyc. Wysiada z samochodu. Mokry. Zakurzony. Siwy. Prostuje kości - strzelają aż miło. Gorliwi mechanicy zaraz dopadają bestię. W ruch idą klucze, śruby i podnośniki. Minuty po mecie i teraz koniec. Cierpliwie rozmawia z każdym - nie ma ważnych i ważniejszych. Czasem słania się na nogach. Prosi o wodę. W pierwszej wolnej chwili dzwoni do rodziny. Za szczupły. Za wysoki. Za przystojny. Za magiczny - ale chyba za to wszystko lubiany i szanowany. Opowiada o zakrętach, jakby czytał wiersze. Spalony słońcem.

Pytam, czym dla niego są rajdy. - Rajdy? No całe moje życie. Wiesz, już tak długo się ścigam, że ciągle to coś innego. Kiedyś mnie to fascynowało, emocjonowało. Teraz więcej w tym dojrzałości i dystansu. Chyba stałem się bardziej ostrożny. Ileż już było tych skoków po iks metrów. Teraz, jak lecimy, to tylko czekam aż gruchnie, łupnie. Wiem już w powietrzu, jak będzie boleć. Spadamy, a ja już czuję łamanie kości, głowa w kask, kask w szyję. Powoli trzeba będzie odejść, przydać się do innych zadań. Dzisiaj mniej więcej już wiem, co wydarzy się na trasie, jak się przygotować, jak dobrać siły. Widzę kamień i wiem, co z nim zrobić. Znam zakręty, które widzę pierwszy raz. Powoli zaczynam czuć kres tej zabawy.

Sonik. Ściąga rajdowe gogle, odrywa porysowaną szybkę i pisze: WRÓCIMY NA TOP. Dostaję na pamiątkę. Morderczy maraton za nim. Gehenna. Ból. Chile-Boliwia-Chile. Dwa dni w słonej beczce. Podjeżdża na metę i nie mogę go poznać. Zlepek błota. Sucha maź. Zgina przegub i odpadają plastry ziemi. Gdyby nie nowoczesne loga, byłby jak średniowieczny rycerz w zbroi. Niemiłosierny wysiłek. Ponadludzki. Niematerialny. Manetka gazu i do przodu.

Rozmawiamy od dłuższego czasu. Zaczęliśmy kilka dni przed Dakarem. Opiera się o wielką oponę swojej serwisówki. Wysoki. Brudny. Konkretny. - Jak się czuję? Fizycznie dobrze. Psychicznie gorzej. Dziś mogłem zostać na tym słonym morzu. Quad zgasł i nie chciał odpalić. Zsiadłem i myślę: to koniec. To koniec. Nie odpala. Nie pali. Nic. Prąd zżarła sól. Siedzę moment i widzę koniec. Wiesz, wszystko przelatuje ci przed oczyma - cała historia, wszyscy i wszystko. Coś mnie tchnęło, wziąłem resztkę wody i polałem przewody. Kręcę. Odpala. Jadę. Strat nie odrobiłem, ale nie zabrali mi wszystkiego. Najgorsza była ta bezsilność. Nic nie możesz zrobić. Bezradność. Potem tylko grzałem przed siebie. Na złamanie. Gdyby Dakar był kobietą, uległaby mu. Czy pojadę za rok? Nie wiem. Czy znów wygramy? Też nie wiem. Ale życie bez Dakaru jest jak piekło bez ognia: i dla nich, i dla mnie.

Tekst i foto: dr Maciej Kalarus (2BESTYLE)

Maciej Kalarus - literaturoznawca, kulturoznawca, podróżnik. Odwiedził 120 krajów w 25 lat. Kiedyś kierowca rajdowy, dziś wykładowca akademicki. Obieżyświat. Włóczykij. Wędrowiec.