Poznaliśmy wstępne raporty w sprawie wypadków lotniczych, do których doszło na początku listopada tego roku w Beskidach. Jak czytamy w dokumencie sporządzonym przez Państwową Komisję Badań Wypadków Lotniczych, w obu przypadkach błąd popełnili piloci.

Do pierwszego incydentu doszło 5 listopada br.. - Po trzech godzinach lotu, w rejonie miejscowości Wilkowice na wysokości ok. 500 m szybowiec dostał się w obszar duszenia. Pilot ocenił, że nie doleci nad teren mniej zurbanizowany - stwierdziła komisja. Pilot szybowca dwukrotnie wybierał miejsce nadające się do lądowania. Najpierw przeszkodą okazała się linia średniego napięcia. Za drugim razem musiał omijać tablicę reklamową (o tym zdarzeniu informowaliśmy w artykule Awaryjne lądowanie szybowca).

 - Po przyziemieniu nastąpiło uderzenie i gwałtowne wyhamowanie prędkości. W wyniku uderzenia owiewka kabiny oddziela się od szybowca, lewe skrzydło zahacza o ziemię. Pilot doznał urazu kręgosłupa, a szybowiec został poważnie uszkodzony - czytamy w raporcie.

Dzień później doszło do kolejnego incydentu z udziałem szybowca startującego z góry Żar (o tym zdarzeniu informowaliśmy w artykule Szybowiec spadł do jeziora). - Po oderwaniu się od ziemi, w trakcie wznoszenia, na wysokości około 50 m, zespół wleciał w obszar turbulencji, w wyniku czego doszło do wyczepienia się liny holującej. Instruktor nadzorujący lot wydał komendę przez radio, aby pilot wylądował na płycie lotniska.

Po chwili okazało się, że wysokość jest niewystarczająca do wykonania tego manewru. - Szybowiec leciał wzdłuż wschodniej linii brzegowej jeziora. Na wysokości elektrowni, uczeń postanowił lądować na plaży po zachodniej stronie jeziora. Jednak nie doleciał do niej. Wodował ok. 30 m od brzegu. Szybowiec został mocno uszkodzony, a uczeń odniósł lekkie obrażenia - stwierdzono w drugim raporcie PKBWL.

bak