Fatum nad Beskidami?
Ostatnie miesiące nie są pomyślne dla bielskiego lotnictwa. W maju doszło do katastrofy awionetki Cessna, w której śmierć poniosły dwie osoby, a w listopadzie dwukrotnie awaryjnie lądowały szybowce. Zdaniem naszego eksperta, powyższe wypadki są konsekwencją wadliwych przepisów lotniczych oraz błędów człowieka za sterami.
Do pierwszego incydentu szybowcowego doszło 5 listopada, gdy pilot awaryjnie posadził szybowiec na jednej z niezabudowanych działek w Wilkowicach. Dzień później do kolejnej wypadku doszło u podnóży góry Żar, gdy kilka minut po starcie szybowiec runął do jeziora Międzybrodzkiego. W obu przypadkach nikt nie ucierpiał, piloci odnieśli jedynie lekkie obrażenia.
Amatorzy podniebnych przygód
Incydenty lotnicze na Podbeskidziu nie poprawiają wizerunku lokalnego lotnictwa. Nie brak opinii o błędach w sposobie szkolenia i niewielkim doświadczeniu pilotów w powietrzu. Zwraca się też uwagę na niedostateczny stan techniczny maszyn czy niekorzystne warunki pogodowe, w jakich startują amatorzy podniebnych przygód.
Z tą ostatnią opinią polemizuje wielokrotny mistrz świata w szybownictwie Sebastian Kawa. - Halny to idealne warunki dla szybowników - mówi bielski mistrz pilotażu, który szybował już w ekstremalnie trudnych warunkach w Andach i Himalajach. Bielszczanin przyznaje, że latanie na "fali" do najłatwiejszych nie należy, ale ukształtowanie terenu w Beskidach zdecydowanie ułatwia dostanie się na szczyt prądów wznoszących.
Nasz rozmówca z powietrza obserwował wypadek, w którym szybowiec runął wprost do wody. - Przyczyną nie były warunki atmosferyczna czy gwałtowny wiatr. Tego dnia na górze Żar panowały spokojne warunki. W trakcie holowania za samolotem doszło do odczepiania się liny. Pilot, mimo iż był szkolony na wypadek takiej sytuacji, podjął decyzję o lądowaniu na wodzie. Zrobił to jednak bardzo nieumiejętnie, bo rzadko zdarza się tak uszkodzić szybowiec.
Liczy się zysk
Zdaniem ikony światowego szybownictwa, do błędu pilota doszło również dzień wcześniej. - Panowały trudne warunki, a w sytuacji, gdy szybowiec znajdzie się na wysokości 500 metrów, należy znaleźć bezpieczny punkt do lądowania. W okolicy Lipowej nie brakuje tego typu miejsc. Obie sprawy badają aktualnie eksperci z Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych. Ich raportu należy spodziewać się w najbliższych dniach.
- Dziś licencję robią osoby, które mają pieniądze i stać je na latanie. Aerokluby nie działają w takiej formule, jak powinny, zamieniają się w firmy. Nie szkoli się młodzieży, tylko nastawia się na zysk - kończy Sebastian Kawa, który w błędnych przepisach dostrzega przyczyny ostatnich incydentów lotniczych.
Bartłomiej Kawalec
Komentarze 10
Zgadzam się, że aerokluby schodzą na złą drogę, ale jak z tym walczyć? Musi dojść do tragedii?

Klauzula informacyjna ›