Leokadia Rusin rozpacza, bo bielski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej wygania ją z tymczasowego lokum przy ulicy Cieszyńskiej. Kobiecie grozi przymusowa eksmisja i co najwyżej dostanie dach nad głową w noclegowni. Okazuje się, że niepotrzebnie brała się za remont ciasnego, obskurnego pomieszczenia.

Czytelnicy „Kroniki” znają już historię Leokadii Rusin, która z powodu zaległości czynszowych straciła mieszkanie przy ulicy Zwierzynieckiej. Zakład Gospodarki Mieszkaniowej zapewnił jej na wiosnę pomieszczenie tymczasowe przy ulicy Cieszyńskiej 109. Ta klitka nawet nie przypominała mieszkania i formalnie nim nie jest.

 - To była ruina nienadająca się do zamieszkania, więc zanim się wprowadziłam musiałam skorzystać z gościnności koleżanki. Systematycznie robiłam remont, urządziłam prysznic, położyłam nową podłogę... Wydałam dużo, ale na tych kilkunastu metrach można teraz znośnie żyć - mówi bielszczanka.

ZGM właśnie odmówił kobiecie i jej 25-letniemu synowi przedłużenia umowy najmu. Powody są dwa. - Nie pozwalają nam na to przepisy. Umowę najmu na pomieszczenie tymczasowe możemy zawierać maksymalnie na pół roku - o pierwszym mówi Katarzyna Lis, kierownik działu lokali mieszkalnych w ZGM. A drugi, to przekroczenie przez lokatorów progu dochodów, więc wedle przepisów nie żyją w niedostatku.

Leokadia Rusin tłumaczy, że bezduszne wyliczenia nie oddają jej sytuacji finansowej. - Co mogłam, to włożyłam w remont. Na rękę dostaję 670 złotych emerytury, a jeszcze z tego spłacam długi. Syn ma pewną robotę tylko przez najbliższy miesiąc - mówi. - Wychowałam pięcioro dzieci. Noga mi się powinęła, gdy zachorowałam i przestałam płacić za poprzednie mieszkanie. Przerzucili mnie do nory i dalej mnie gnębią. Nie wyobrażam sobie znowu zaczynać wszystkiego od nowa, gdy tyle już poświęciłam. Jestem pewna, że tego nie wytrzymam i źle się to dla mnie skończy. Niechże pozwolą mi tu mieszkać! - apeluje ze łzami w oczach.

Bielski ZGM jest jednak nieugięty. - Ta pani wiedziała, że przeprowadza się do pomieszczenia tymczasowego. Nie dostała od nas zgody na remont i nie powinna go była robić. Rozumiem, że chciała sobie poprawić byt, ale inwestowała na nieswoim, bez zgody właściciela - ocenia Katarzyna Lis. - Pomieszczenie tymczasowe nie jest od oferowania wygód, ma o wiele niższy standard niż mieszkania socjalne. Równie dobrze takie pomieszczenie może wymagać od lokatora przynoszenia wody z potoku czy korzystania z toalety u sąsiadów. Ta pani dostała pół roku i w tym czasie, mając dach nad głową, miała stanąć na nogi, znaleźć wyjście z trudnej dla siebie sytuacji, poszukać nowego mieszkania, w czym miał jej pomóc młody syn. Dostała swoją szansę i robiliśmy wszystko, aby ją wykorzystała.

Od teraz Leokadia Rusin jest „dzikim lokatorem”. Może jeszcze - choć bez wielkiej nadziei - wnioskować do ZGM o przyznanie lokalu komunalnego i ustawić się w długiej kolejce. Gdy nie opuści zajmowanego przez siebie pomieszczenia, ZGM może zwrócić się do sądu o jej eksmisję, a gdy ten nie przyzna kolejnego lokalu tymczasowego, pozostanie jej jedynie noclegownia. Bez ważnej umowy najmu straci też wsparcie socjalne.

 - Proszę ZGM tylko o ludzkie podejście - mówi kłopotliwa dla administratora lokatorka. Jednak - jak można usłyszeć w odpowiedzi - cierpliwość się skończyła. - Państwa nie stać, by być socjalnym do końca świata i jeden dzień dłużej - puentuje szefowa działu lokali mieszkalnych.

Marcin Kałuski (Kronika Beskidzka)