Czytelnicy z Bielska-Białej alarmują, że groby ich bliskich są często ograbiane z ozdób, zniczy, kwiatów i metalowych elementów. - Ginie wszystko, co ma jakąkolwiek wartość - potwierdzają w administracji cmentarza przy ulicy Grunwaldzkiej.

W ostatnich dniach z tej nekropolii wyparował ozdobny lampion. Pozostała tylko kamienna podstawa, z wyraźnym śladem po ozdobie. Wcześniej zniknęło aluminiowe śmigło zastępujące poprzeczne ramię krzyża na grobie lotnika. Na innym z nagrobków widnieją już tylko ślady po metalowych literach. Takie przykłady z Grunwaldzkiej można mnożyć. - Nie wszystkie kradzieże są jednak zgłaszane. Najczęściej dowiadujemy się o tych cenniejszych rzeczach - mówi przedstawiciel administracji.

Kiedyś granit, teraz torebki

Cmentarni rabusie zwykle działają bezwzględnie, kierując się chęcią łatwego zysku. - Za metalowy element dostaną w skupie złomu kilka złotych, a przy okazji zniszczą nagrobek wart kilka tysięcy - uważa nasz rozmówca. Wybierając łup, kierują się aktualną koniunkturą na rynku. - W latach dziewięćdziesiątych nagminnie ginęły granitowe elementy, gdyż wtedy materiał ten był stosunkowo drogi. Dzisiaj się to już praktycznie nie zdarza - zdradza administrator.

Tomasz Kanik, kierownik administracji bielskich cmentarzy komunalnych w Kamienicy i na Leszczynach, kwestię kradzieży widzi inaczej. - Ozdoby, znicze i inne tego typu rzeczy giną u nas sporadycznie - mówi. - Często zdarza się, że ?złodziejem? okazuje się... wiatr, a rzekomo ukradzione rzeczy znajdują się kilka dni później, leżąc gdzieś pod płotem - uśmiecha się. Cmentarze komunalne borykają się ze zgoła innymi kradzieżami. - Wynikają one z niefrasobliwości osób odwiedzających groby - uważa Kanik. - Starsza pani kładzie na grobie bliskich swoją torebkę i po jakimś czasie idzie odwiedzić inne groby, kilka kwater dale. Torebka zostaje tam, gdzie właścicielka ją położyła. Kiedy wraca - już jej nie ma - podaje przykład administrator cmentarzy.

Walka z wiatrakami

Kiedy administrator nekropolii otrzyma zgłoszenie o kradzieży, kieruje zgłaszającego do właściwego komisariatu policji. I to w zasadzie wszystko, co może zrobić. - Procent odzyskanych tą drogą rzeczy jest jednak znikomy - rozkładają ręce w administracji przy Grunwaldzkiej. Zarządcy tej nekropolii próbowali walczyć z problemem, zatrudniając firmę ochroniarską, ale i tym sposobem nic nie wskórali. - Rabuś poczekał aż patrol zniknie za zakrętem i spokojnie zrobił swoje - usłyszeliśmy. Ochrona słono kosztowała i nie dawała rezultatów, więc dzisiaj na cmentarzu przy Grunwaldzkiej już jej nie ma.

 - Kiedyś złapaliśmy faceta na gorącym uczynku. Skończyło się sądem. Koniec końców nie poniósł żadnych konsekwencji ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu - krzywi się przedstawiciel administracji. Wniosek nasuwa się jeden: na amatorów funeralnych gadżetów rady nie ma. - Cmentarze przestały być otoczonymi czcią miejscami pamięci. Być może to jest powodem problemu - zastanawia się nasz rozmówca. Być może na zuchwałość złodziei wpływa fakt, że odwiedziny na nekropoliach stają się coraz rzadsze. - Wiele grobów w listopadowe święto ugina się od ozdób. Kilka dni później trafiają do kosza, a zmarłych bliskich przez resztę roku nikt nie odwiedza - zauważa administrator.

Przypadek cmentarza w Komorowicach Krakowskich może świadczyć, że w tym ostatnim stwierdzeniu jest wiele prawdy. - Bramy nekropolii są otwarte i ludzie skracają sobie tędy drogę. Dzięki temu na nekropolii panuje spory ruch pieszy. To odstrasza złodziei - uważa mieszkaniec osiedla. Ale nagły brak aktywności ze strony złodziei komorowiczanie tłumaczą też sobie w inny sposób: - Kiedyś ginęło tam wszystko: kwiaty, znicze, wiaderka, wazony - wymienia mieszkanka osiedla.

 - Wzięłam się na sposób i kwiaty zostawiałam w słoju po ogórkach. Nawet i ten słoik ukradli! Od jakiegoś czasu jest jednak spokój. Wieść niesie, że ci co kradli, sami już leżą na tym cmentarzu... - dodaje.

Beata Stekla (Kronika Beskidzka)