Odchodzą na zawsze fachowcy z czasów, kiedy Bielsko i Biała były osobnymi miastami, a nawet jeszcze wcześniejszych. Znikają też ich zakłady, które przez dekady zdążyły wrosnąć w krajobraz miasta. Razem z nimi powoli giną wartości, których próżno szukać we współczesnym świecie.

Nie ma już śladu po zakładzie fotograficznym Leopolda Glondysa, który umiejscowiony był na parterze kamienicy, u styku ulic Stojałowskiego i Ratuszowej w dawnej Białej. Chyba każdy bielszczanin ma w archiwum rodzinnym fotografię sygnowaną pieczęcią tego zakładu. Fotograf otworzył swój przybytek jako młody człowiek na początku lat 50. Zamknął, kiedy skończył lat siedemdziesiąt. Czas poświęcony klientowi, jakość usług, serce wkładane w pracę to cechy, które sprawiły, że nawet w trudnych czasach ustawiały się do niego kolejki.

 - Potrafił zjednywać sobie ludzi. Jego osobowość sprawiała, że na ich obliczach pojawiał się uśmiech. Miało to ogromny wpływ na efekt końcowy, czyli korzystny wygląd modela na zdjęciu - wspomina syn, Krzysztof Glondys, dziennikarz Telewizji Polskiej. Określa on swojego ojca jako ?mistrza fotografii dziecięcej?, który w swoim zakładzie, na półce, za kotarą trzymał zabawki. Kiedy trafił się mały, niezadowolony klient, fotograf sięgał po jedną z nich... i wszystko szło jak po maśle.

Drugi z synów, Aleksander, tłumacz i muzyk jazzowy, mówi o ojcu: - Był mistrzem w swoim fachu. Przy okazji wspomina czasy, kiedy wchodziła fotografia kolorowa. - W Polsce były dostępne tylko wschodnioniemieckie klisze. Zdjęcia robione na ich bazie wychodziły koszmarne. Tata tak długo próbował, dobierał parametry i odczynniki, aż fotografie zyskały jakość podobną do tej, którą osiągano dzięki porządnym materiałom - uśmiecha się.

Podobny klimat - i podobne wartości - można znaleźć jeszcze przy ulicy 11 Listopada, w zakładzie znanej modystki Władysławy Worowej (niedaleko skweru Reksia). - Mój zakład powstał z pasji. Jestem urodzoną modystką. Już jako dziecko wykazywałam zainteresowania w tym kierunku - opowiada. - Zaczęłam pierwszego września 1948 roku, w tym samym miejscu, w którym zakład funkcjonuje do teraz. Jak dzisiaj pamiętam pierwszą klientkę. Była to pani Adamska z Kęt. Przez te wszystkie lata ubrałam głowy czterech pokoleń kobiet i nauczyłam zawodu siedem uczennic. Moje obie córki są modystkami - wymienia.

Do dzisiaj w użyciu jest maszyna do szycia, którą modystka kupiła za pierwsze zarobione pieniądze. - Nie było łatwo. W tamtych czasach brakowało surowców. Początkowo mama realizowała zamówienia na maszynie swojej siostry, z zawodu krawcowej - opowiada Małgorzata Jędrysko (na zdjęciu), jedna z córek, obecna właścicielka firmy. - Zmieniłyśmy jej tylko pedał na silnik elektryczny i cały czas działa - uzupełnia seniorka.

Firma od zawsze opiera się na jakości wykonania, fachowym doradztwie i odpowiednim kontakcie z klientem. Zapewne to powodowało, że jeszcze w czasach socjalistycznych do bielskiej modystki przyjeżdżały autobusami całe wycieczki. Bywało, że z innych krajów. - Nawet z Jugosławii - wspomina założycielka. Wśród rzeszy klientek pojawiały się takie, które zostały szczególnie zapamiętane. - Kiedyś przyszła dziewczyna, która zażyczyła sobie do ślubu dwudziestopięciometrowy welon. Chciała, aby ciągnął się za nią przez cały kościół - i jeszcze po schodach przed kościołem - opowiadają ze śmiechem modystki. Zamówienie nie zostało zrealizowane. Klientka więcej się nie pojawiła.

 - Inna pani, w wieku emerytalnym, która miała już kilku partnerów, po raz pierwszy planowała stanąć na ślubnym kobiercu. Kategorycznie zażyczyła sobie mieć welon. Argumentowała, że ?jej się należy? - Małgorzata Jędrysko mruga okiem.

Dzisiaj zakład bazuje na stałych klientkach, które mają sentyment do starych, dobrych czasów. - Niedawno babcia zamówiła u nas - dla swojej wnuczki - wianek na komunię. Chciała, aby był dokładnie taki sam, jak ten, w którym sama przed laty przystępowała do sakramentu. Obie panie nie ukrywają, że dla ich zawodu nastały ciężkie czasy. - To schyłek. Nie ma chętnych do nauki. Mały zakład rzemieślniczy nie ma szans się dzisiaj utrzymać. Powodem jest zalew taniej produkcji z Chin, wysokie czynsze i wymierająca ulica 11 Listopada - tłumaczy Małgorzata Jędrysko.

 - Niby mamy wolność, a tak ciężko jeszcze nigdy nie było - dodaje. - Jest cieniutko - wzdycha Władysława Worowa.

Beata Stekla (Kronika Beskidzka)