Nie milkną echa tragicznego wypadku lotniczego, do którego doszło w minioną sobotę przy ul. Agrestowej w Bielsku-Białej. Jak podaje na swojej oficjalnej stronie bielski aeroklub, śmiercią lotnika zginęli 50-letni Mariusz Bogdański i 30-letni pilot instruktor Paweł Ogrodzki. Polecieli niemal w ostatniej chwili. Wcześniej planowano, że lot nad szkołą i zdjęcia pikniku wykona dron.

 - To było dla mnie naturalne, że skoro chodzi o zrobienie fotografii nad miejscem, gdzie są setki osób, dzieci, szkoła, no i teren zabudowany, najbezpieczniej będzie, jeśli poleci dron - informuje Antoni Kufel, dyrektor Aeroklubu Bielsko-Bialskiego.

Miało być przyjemnie i pożytecznie

Kilka tygodni temu pojawił się pomysł, aby w dniu pikniku któryś z pilotów przeleciał nad budynkiem i zrobił zdjęcie kolorowego napisu wykonanego na boisku przez młodzież. - Zgłosił się do mnie jeden z pilotów (nazwisko znane redakcji, osoba ta nie chciała, aby je ujawniać) i powiedział, że szkoła chciałaby taki właśnie lot - mówi dyrektor Kufel. - Nie zgodziłem się, bo wiedziałem, że lot taki może z powodzeniem wykonać dron, którym dysponował jeden z naszych pilotów, właśnie pan Mariusz Bogdański. Wcześniej wykonywał już takie zdjęcia, na przykład ATH.

W miniony czwartek okazało się tymczasem, że dron jednak nie może lecieć. - Pan Bogdański stwierdził, że dron nie jest do końca sprawny technicznie i w takiej sytuacji, to on sam poleci. Przekonywał mnie, że dzieci będą się cieszyć, że on ma tam córkę - tłumaczy Antoni Kufel. - Nie zgodziłem się na to i zasugerowałem mu, że jeśli już, to musi z nim lecieć drugi pilot.

Ten drugi, to doświadczony pilot instruktor Paweł Ogrodzki. - Paweł posiadał nalot w okolicy 1700 godzin. Tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy spędził w powietrzu ok. 400 godzin - dodaje dyrektor. W efekcie uzgodniono, że będzie to lot szkoleniowy, gdzie pilot instruktor sprawdzi umiejętności mniej doświadczonego kolegi, jakim był Mariusz Bogdański, który uzyskał uprawnienia pilota w 2013 roku. Jego dotychczasowy nalot wynosił ok. 60 godzin.

Bez spekulacji

Co się zatem stało, że samolot runął pomiędzy domy zaledwie w chwilę po przelocie nad szkołą? - To ustali specjalna komisja - mówi szef bielskiego aeroklubu. - Nie ma co dzisiaj spekulować. Na razie wiadomo tylko, że samolot był na zbyt niskim pułapie i miał za małą prędkość, na skutek czego stracił sterowność. W każdym razie każdy pilot doskonale wie, że w terenie zabudowanym nie można wykonywać lotów na niskim pułapie z wyjątkiem manewru startu i lądowania.

Drugą kwestią, która nurtuje dyrektora aeroklubu, ale też jest przedmiotem śledztwa zarówno komisji lotniczej, jak i prokuratury, jest odpowiedź na pytanie: kto tak naprawdę pilotował Cessnę. - Dowódcą na pokładzie samolotu był pilot instruktor - twierdzi Antoni Kufel. - Bo tak stanowią przepisy. Z drugiej strony Cessna miała podwójne sterowanie, więc być może nigdy na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi. Przebieg wcześniejszych wydarzeń, które doprowadziły do tego, że samolot wyleciał wskazuje na to, że zdjęcia pikniku robić miał pan Bogdański, więc samolotem sterować musiałby Paweł. Ale to tylko nasze domysły.

Samolot Cessna 150, który brał udział w feralnym zdarzeniu, to maszyna dwusterowa, przeznacza do lotów typowo szkoleniowych. Według wstępnych ustaleń śledczych, przyczyną wypadku było tzw. przeciągnięcie. - Komisja Badania Wypadków Lotniczych przez kilka dni przyglądała się szczątkom samolotu. Wrak maszyny, jak i ciała pilotów są zabezpieczone przez prokuraturę - mówi dyrektor Kufel. - Jak dotąd, nie stwierdzono żadnych awarii w sterowaniu, przerw w pracy silnika czy też jego zatarcia.

Ponowne zajęcia z pilotami

Aktualnie w ABB jest zrzeszonych ok. 90 czynnych pilotów, którzy w przypadku zbyt małej liczby godzin za sterami samolotu w powietrzu co dwa lata muszą odnawiać egzaminy przed Urzędem Lotnictwa Cywilnego. Flota aeroklubu składa się z siedmiu samolotów (w tym trzech dzierżawionych) oraz osiemnastu szybowców.

Jest to pierwszy śmiertelny wypadek w Aeroklubie Bielsko-Bialskim od lat 80. - Jeśli potwierdzi się hipoteza komisji, która zakłada, że do katastrofy doszło na skutek utraty prędkości lub przeciągnięcia, to ponowimy zajęcia teoretyczne z naszymi pilotami. Ponadto każdy z nich odbędzie zajęcia metodyczne z instruktorami - informuje Antoni Kufel.

Jeżeli nie będą potrzebne dodatkowe ekspertyzy, to wstępnego raportu Komisji Badań Wypadków Lotniczych oczekiwać można za około miesiąc.

KO, bak

Foto: KO