Niedawno dobiegły końca testy fotoradarów, które pod koniec stycznia stanęły w okolicach dworca kolejowego w Bielsku-Białej. Żółte urządzenia postawiono tam nieprzypadkowo, gdyż kierowcy nagminnie pokonują skrzyżowanie ulic 3 Maja i Warszawskiej z Piastowską, nie zwracając uwagi na czerwone światło.

Zadaniem fotoradarów było robienie zdjęć tym, którzy postanowili przejechać skrzyżowanie, nie bacząc na świetlną informację nakazującą im się zatrzymać. Jedna z maszyn stanęła przy salonie z modą ślubną. Miała ona oko na kierowców wjeżdżających do miasta od północy i skręcających w prawo - z Piastowskiej w 3 Maja. Drugi fotoradar, usytuowany koło postoju taksówek, czuwał nad poczynaniami wyjeżdżających z miasta.

Testy rozpoczęły się na początku lutego, a zakończyły 30 kwietnia. Odpowiadała za nie bielska Straż Miejska. Wnioski? W ciągu trzech miesięcy przepisy złamało około 400 kierowców. - Prowadzimy teraz czynności, które mają na celu ustalenie sprawców wykroczeń - informuje Krystian Kowalczyk, wicekomendant Straży Miejskiej. Słowem - winowajcy nie unikną kary.

Dla przypomnienia - przejazd przez skrzyżowanie na czerwonym świetle oznacza mandat karny kredytowany w wysokości od 300 do 500 zł i sześć punktów karnych. - Urządzenia rejestrowały tylko te wykroczenia, które popełniane były po około jednej sekundzie od zapalenia się czerwonego światła. Należy pamiętać, że wcześniej kierowca przez trzy sekundy informowany jest przez światło barwy żółtej o zakazie wjazdu na skrzyżowanie. W terenie zabudowanym, gdzie ograniczenie prędkości wynosi pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, taki czas wystarczy, by zatrzymać pojazd. Choć w innych miastach podobne maszyny ustawiane są już na 0,3 sekundy, my wybraliśmy dłuższy czas, aby nie było wątpliwości, że wykroczenie faktycznie miało miejsce - tłumaczy Krystian Kowalczyk.

Testy były potrzebne, aby stwierdzić, czy urządzenia spełniają swoją funkcję. Na tej podstawie ma być podjęta decyzja, czy zostają na swoim miejscu, czy też nie. Według zastępcy szefa bielskiej straży, ma ona zapaść w najbliższym czasie.

Beata Stekla (Kronika Beskidzka)