Ekspresowa kropka nad ?i?
W lutym tego roku krajowe media obiegła wieść o dziwnym wypadku w Domu Pomocy Społecznej w Rabie Niżnej. Z balkonu na bruk wypadła pensjonariuszka, chora psychicznie Zofia Ch., jak wówczas informowano. Kobieta cudem przeżyła. Ale cud trwał tylko do maja, kiedy pani Zofia zmarła w bielskim szpitalu. Tutaj, bo w Bielsku-Białej się urodziła i mieszkała.
Bywa, że ludzie rodzą się inni od większości. Takiego psikusa los spłatał właśnie bielszczance i jej rodzinie. - Siostra od dziecka odbiegała od normy, już taka była po prostu - wspomina dzisiaj Helena Tomala. - Ale zawsze miała opiekę rodziny. Mimo uciążliwości, moja mama nigdy nawet nie pomyślała o tym, aby Zosię oddać do jakiegoś zakładu.
Dom na drodze
Życie Zosi przez długie lata jakoś się toczyło. Kiedy jej siostra Helena wyszła za mąż i wyprowadziła się z rodzinnego domu w Mikuszowicach Krakowskich, dziewczyna została sama z matką, panią Rozalią. Obie pokonywały każdy dzień w małym, drewnianym domku przy ul. księdza Kusia.
Najwidoczniej jednak Opatrzność uznała, że taki stan nie może trwać wiecznie i na drodze obu kobiet postawiła kolejny problem do rozwiązania. - Okazało się, że nasz rodzinny domek tkwi w miejscu, gdzie miała przebiegać droga ekspresowa, tzw. obwodnica wschodnia - tłumaczy pani Halina. - Mama była przerażona, bo dom wart był kilkanaście tysięcy złotych przy wykupie. Co miałaby za to kupić? Starą szopę? No i nasza Zośka! Całe życie spędziła w tym domu i tylko tam czuła się bezpiecznie. To był jej kawałek świata.
Smutny przełom
Prace przy obwodnicy ruszyły, stojące na jej drodze posesje zniknęły. Już wówczas wiekowa kobieta nie miała dokąd pójść. Na szczęście, o sprawie napisały bielskie media, co chyba wzruszyło urzędników w ratuszu. Po kilku miesiącach pani Rozalia i jej córka otrzymały skromne, jednopokojowe mieszkanie w bloku w centrum miasta. Wydawało się, że chwyciły samego Stwórcę za stopy. Ale tylko dla postronnych obserwatorów.
- To właśnie wtedy zaczął się najgorszy okres dla naszej Zośki - tłumaczy jej siostra. - Po prostu nie mogła zrozumieć, dlaczego musiała opuścić swój dom.
Depresja
W nowym mieszkaniu nasiliły się objawy choroby psychicznej Zofii. Groziła, że się zabije, wysadzi dom gazem w powietrze, wciąż miała jakieś wizje. - Dwa, trzy razy w roku musieliśmy ją umieszczać w ośrodku w Olszówce - wyjaśnia pani Helena.
Leczenie nie przynosiło jednak większej poprawy. Poza tym, że Zofia zaczęła wpadać coraz częściej w depresję. - Doszło do tego, że mama, już przecież mająca swoje lata stwierdziła, że dłużej nie jest w stanie pilnować Zośki krok w krok i że powinniśmy ją gdzieś na dłużej umieścić - ze smutkiem wspomina jej siostra.
Bezpieczny ośrodek
Sprawą zajął się bielski MOPS, bo taka jest procedura. Zgromadzono dokumentację medyczną, opinie lekarskie i w listopadzie ub. roku rodzina Zofii dowiedziała się, że jest dla niej miejsce w Domu Pomocy Społecznej dla przewlekle chorych psychicznie w Rabie Niżnej. - Nie było to łatwe, ale innego wyjścia nie miałyśmy. Chodziło głównie o bezpieczeństwo Zosi, no i zdrowie samej mamy - wyjaśnia pani Helena.
Kobieta zamieszkała w specjalnym ośrodku, który nawet na swojej oficjalnej stronie internetowej zachwala, że otacza pacjentów doskonałą opieką, zapewnia im całodobowe bezpieczeństwo, itd. - Zosia dostała pokój dwuosobowy na drugim piętrze, z balkonem - informuje nasza rozmówczyni. - Już wtedy wspomniałam personelowi, że może lepiej, aby zamieszkała na parterze, bo ma skłonności samobójcze. Jednak uspokojono mnie twierdząc, że pacjenci są pod dobrą opieką.
Wypadek
11 lutego pani Helena odebrała w pracy telefon. Dzwoniła kierowniczka ośrodka w Rabie. - Zdarzył się przykry wypadek - usłyszała pani Helena. - Zosia wypadła z balkonu.
- To był szok - nie ukrywa dzisiaj nasza rozmówczyni. - Przecież po to ją tam oddaliśmy, żeby się jej nic nie stało!
Upadek był tragiczny w skutkach. Zofia złamała kręgosłup w kilku miejscach, była sparaliżowana, miała połamane obie nogi i wiele urazów wewnętrznych. Cudem ocalała. Trafiła do szpitala w Krakowie, gdzie spędziła prawie dwa miesiące. - Następnie przewieziono siostrę do szpitala w Bielsku-Białej, przy Emilii Plater - tłumaczy pani Helena. - W całym tym nieszczęściu był to okruch dobrego losu, bo Zośka była przynajmniej blisko.
Koniec
Szczęście skończyło się 6 maja, kiedy pani Helena odebrała telefon ze szpitala. - Pani siostra odeszła - powiedziała jej lekarka.
- Nie rozumiałam w pierwszym momencie, o co chodzi - nie ukrywa pani Helena. - Dopiero po chwili dotarło do mnie to co usłyszałam. Naszej Zośki już nie było?
Zgon był następstwem upadku w Rabie Niżnej. Potwierdziła to sekcja zwłok. Trwające do dzisiaj śledztwo w sprawie wypadku wykluczyło udział osób trzecich, bo i taka wersja brana była pod uwagę. - Nie stwierdzono też zaniedbań ze strony personelu, czyli raczej była to próba samobójstwa - powiedział nam Stanisław Piegza z limanowskiej policji.
Dla dobra pacjenta
Pani Helena do teraz bije się z myślami. Zastanawia się, co by było, gdyby Zośka została w domu. Wie, że to nic nie da, bo losu się nie oszuka. Co ma być, to będzie. Ale w sercu zadra jakaś wciąż jej tkwi. - Zupełnie nie pojmuję - mówi - dlaczego w całym ośrodku w Rabie, mimo iż jest przeznaczony dla ludzi z zaburzeniami psychicznymi, właściwie nie było żadnych zabezpieczeń przed taką ewentualnością, jaka spotkała moją siostrę.
Jak tłumaczyła dyrekcja ośrodka w chwilę po wypadku, nie było, bo jest to miejsce z założenia przyjazne dla pacjenta i trudno sobie wyobrazić, żeby w oknach były kraty, a balkony niedostępne. - Tylko co z tego miała nasza Zośka? - zastanawia się jej siostra.
Tekst i foto: KO
Komentarze 3
Pisali również m.in. o odkryciu w Lipniku ruin starej świątyni, a tak naprawdę były to prace zabezpieczające budowę przyczółka wiaduktu ;)
Ale finał tej historii jest smutny, bardzo dobrze że KO dotarł do osób związanych z tą sprawą.

Klauzula informacyjna ›