Pan Jan mieszkał w budynku przy ul. Konwaliowej od dziecka. Swego czasu było to mieszkanie zakładowe należące do ?Weldoro?, gdzie przez długie lata pracowała jego matka. Czasy się zmieniały i po upadku fabryki budynek przeszedł na własność gminy Bielsko-Biała. Pan Jan w nim pozostał. Najpierw z matką, która straciwszy zdrowie miała oparcie właśnie w synu, a później, kiedy zmarła, mieszkał samotnie za towarzystwo mając jedynie kota przybłędę.

 - Bardzo tego kota polubiłem - uśmiecha się pan Jan. - Przynajmniej było do kogo słowo powiedzieć w pustych ścianach.

Człowiek dusza

Jan Kanik, to - jak mówi o nim Teresa Pieniek, jego znajoma - człowiek delikatnej natury i słabego zdrowia. - Tak naprawdę, Janek jest kolegą mojego męża, znają się od dziecka - tłumaczy pani Teresa. - Zawsze był chorowity, zagubiony i wszystkiego się bał, a najbardziej urzędów i instytucji. Ale to człowiek dusza. Do ostatnich chwil opiekował się chorą matką, później obłożnie chorą sąsiadką. Lubił pomagać.

Nie przystająca do dzisiejszych twardych czasów natura pana Jana sprawiła, że kiedy stracił wiele lat temu pracę, załamał się i już nigdy nie zdołał się nigdzie zatrudnić na stałe. - Radził sobie jednak, bo ma duszę artysty, maluje piękne obrazy - zdradza pani Teresa. - Sprzedawał je i jakoś ciągnął ten wózek.

Niestety, pan Jan zaczął tracić wzrok. Tym samym i malowanie obrazów odchodziło do przeszłości. - No i biedaczysko zaczęło popadać w prawdziwą nędzę - mówi znajoma pana Jana. Tak właśnie narosło mu zadłużenie czynszowe. Dzisiaj to blisko 40 tys. zł wraz z odsetkami. - Pechowiec urodzony - dodaje pani Teresa. - Nawet emeryturę przyznano mu dopiero przed rokiem, o rok później, bo nie miał dowodu osobistego. Bał się po niego zgłosić do urzędu.

Eksmisja

Kiedy więc w 2007 roku gmina oddała sprawę zadłużenia do sądu z wnioskiem o eksmisję, pan Jan nawet nie poszedł na rozprawę. - Byłem prawie ślepy, no i bałem się - tłumaczy dzisiaj. - Zresztą, kto by tam wygrał z urzędem albo sądem.

Ostateczne rozstrzygnięcie sprawy przeciągało się aż do wiosny tego roku, kiedy pan Jan dostał zawiadomienie o terminie eksmisji. - Wiedziałem, że to już koniec - przekonuje mężczyzna. - Spakowałem tyko dokumenty, kilka pamiątek. Kiedy przyszli do mnie, żebym opuścił moje mieszkanie, powiedziałem, żeby resztę sobie wzięli albo wyrzucili. Gdzie miałbym to zabrać?

Komornik i urzędnik z ZGM sprawnie wykonali swoje powinności. Tym bardziej, że pan Jan żadnych problemów nie stwarzał. I tak miał w głowie pustkę i jakąś wielką żałość. Cichy i prawie niewidoczny usunął się w cień, a gdy urzędnicy zaplombowali mieszkanie i odjechali, starszy człowiek usiadł na ławce w pobliżu swojego domu i tam pozostał. - Chciałem tylko, żeby to wszystko już się skończyło - mówi pan Jan.

Pomocna dłoń

Nie wiadomo, jak dzień eksmisji skończyłby się dla pana Jana. Chciał umrzeć. Na szczęście, zareagowali sąsiedzi. Zawiadomili o wszystkim radnego Romana Matyję. - Nie wierzyłem, kiedy mi mówiono, że starszego, schorowanego, niemal niewidomego człowieka zostawiono po prostu na ulicy - mówi radny.

Roman Matyja powiadomił miejskich strażników i poprosił, aby pana Jana przewieziono do Domu dla Bezdomnych przy ul. Stefanki. Tak też się stało. Co z tego, skoro następnego dnia pan Jan zniknął? - Musiałem - tłumaczy pan Jan. - Poszedłem do swojego mieszkania, bo przecież został tam mój przyjaciel kot. Chciałem go nakarmić.

Kota jednak już nie było. Zwierzak trafił do schroniska, a pan Jan noc spędził na ławce przed blokiem. I znowu sąsiadom udało się go namówić, żeby pojechał do szpitala. Tam przebadano go, lecz jego stan zdrowia nie był na tyle zły, by można było go zostawić. Został więc wypisany. - Wtedy zabrałam go do swojego domu - mówi pani Teresa. - Przecież to człowiek i nie ważne co mu się przytrafiło. Nie można tak po prostu zostawić kogoś na łasce losu.

Kawałek szczęścia

Z mieszkania pani Teresy eksmitowany bielszczanin trafił na powrót do Domu dla Bezdomnych. Dzisiaj nie myśli już o samobójstwie, bo widzi dobrych ludzi wokół siebie. Koledzy z pokoju zaopiekowali się nowym lokatorem. - Jakoś to będzie - ma nadzieję pan Jan. - Chyba jednak mam w życiu trochę szczęścia. Dzisiaj to tapczan, taboret i kawałek podłogi w budynku przy Stefanki.

 - Nie powinno się zostawiać człowieka samego sobie, na ulicy - podkreśla radny Matyja. - On miał prawo do noclegowni i tam powinien zostać od razu zawieziony. Tę kwestię jednak radny zamierza wyjaśniać bez udziału pana Jana.

Tekst i foto: KO