Słynny fotograf pokoleń bielszczan
Niejeden bielszczanin ma w swoim archiwum fotografię wykonaną przez Leopolda Glondysa. Znany, ceniony i lubiany fotograf zmarł 16 kwietnia tego roku. Prowadził swój zakład na parterze kamienicy, u zbiegu ulic Ratuszowej i Stojałowskiego, od początku lat pięćdziesiątych.
Pochodził z Czańca. W stolicy Podbeskidzia pojawił się w poszukiwaniu pracy. - Jeden z bielskich fotografów, jeszcze z przedwojennej szkoły, poszukiwał uczniów. Tata trafił do niego. Terminował tam kilka lat, a potem otworzył własny zakład - mówi jego syn, Krzysztof Glondys, dziennikarz Telewizji Polskiej. Fotograf był zafascynowany procesem obróbki zdjęć - tym, co dzieje się w laboratorium fotograficznym.
- Są to sprawy wielu osobom dzisiaj już nieznane: odczynniki, ciemnia, czerwone światło - wspomina syn i podkreśla, że ojciec fotografował tak, aby jego klienci wychodzili na zdjęciach jak najkorzystniej. Jedną z tajemnic takiego efektu było odpowiednie oświetlenie. - Robię filmy dokumentalne. Mam styczność z operatorami. To daje mi podstawę, aby sądzić, że w dziedzinie światła tata był znawcą. Nawet w czasach, gdy inni fotografowie narzekali na brak klientów, do ojca ustawiały się kolejki - uśmiecha się Glondys-syn. - Potrafił sobie zjednywać ludzi, którzy siadali przed nim na krześle fotograficznym. Pod wpływem osobowości fotografa na ich obliczach pojawiał się szczery uśmiech. Miało to duży wpływ na końcowy efekt, czyli korzystny wygląd - tłumaczy. I to jest druga tajemnica Leopolda Glondysa.
We wspomnieniach jednego z klientów znany fotograf zachował się jako wysoki człowiek w okularach. Ktoś inny określa go jako bardzo pogodnego mężczyznę. Ktoś jeszcze mówi o nim: Artystyczna dusza. Syn Krzysztof pamięta go jako człowieka oddanego rodzinie, poważnie traktującego obowiązki mężowskie i ojcowskie. Punktem honoru było zapewnienie żonie i synom odpowiedniego poziomu życia. Dlatego dla Leopolda Glondysa bardzo ważna była praca. Tutaj padają przymiotniki ?solidny?, ?rzetelny?, ?profesjonalny?.
- Ojciec wychodził do pracy bardzo wcześnie. Była to szósta, nawet piąta rano. Po zamknięciu zakładu jeszcze długo w nim pozostawał. W domu pojawiał się około 20.00. Na emeryturę zdecydował się dopiero w wieku siedemdziesięciu lat. Cały czas starał się podnosić swoje kwalifikacje. Kiedy pojawiła się rewolucja w postaci fotografii cyfrowej, był z nią na bieżąco, mimo zaawansowanego wieku. Leopold Glondys był mistrzem fotografii dziecięcej. W swoim zakładzie, na półce za kotarą, miał kolekcję zabawek. Kiedy trafił się płaczący maluch, sięgał po jedną z nich i tak uzbrojony umiejętnie zagadywał przestraszonego malca. Zdjęcie wychodziło znakomicie.
Leopold Glondys w lutym skończył 85 lat. Na cmentarzu komunalnym w Kamienicy żegnały go tłumy. - Bardzo nam go brakuje. Odszedł szybko i niespodziewanie. Powodem były komplikacje po zapaleniu płuc - mówi syn. - Czasami zdarza mi się pracować w Bielsku-Białej. Kiedy się przedstawiam, od razu pada pytanie, czy chodzi o ?tego? Glondysa. Gdy okazuje się, że jestem synem, od razu robi się miło.
Beata Stekla (Kronika Beskidzka)

Komentarze 13
Dobrze ze przedstawiacie Państwo takich ludzi, to oni tworzyli historię tego miasta w ostatnich latach.
Chętnie poczytam o kolejnych osobach z tego kręgu.
pozdrawiam "moje" Bielsko
W 1957, może 58 r., po śmierci mojego ojca znalazłem w tapczanie nowy, nie używany aparat fotograficzny. Mieszkowy, marki nie pamiętam. Klisza 6x9. Miałem 15-16 lat. Poszedłem z nim do Pana Glondysa spytać czy aparat jest dobry, czy można nim fotografować i na jakim filmie. I ile film kosztuje. Pan Glondys stwierdził, że aparat jest chyba dobry, wytłumaczył mi jak trzeba robić zdjęcia, założył film (za film nic nie wziął) i prosił, bym po zrobieniu 8, czy 12 zdjęć (tyle mieściło się na kliszy) przyszedł do niego z aparatem, gdyż film trzeba wyjmować w ciemni. Przeszedłem już za dwa dni. Odbitki miały być za 3 dni. Płakać mi się chciało, gdy z całego filmu tylko jedno zdjęcie było w miarę udane. Ale Pan Glondys cierpliwie tłumaczył dlaczego zdjęcie jest poruszone, nieostre, niedoświetlone, ucięty czubek głowy, albo stopy. Po następny film przyszedłem za miesiąc lub dwa, na film musiałem sobie zarobić pomagając sąsiadom. Z czasem już zdjęcia były ostre, nieporuszone, prawidłowo naświetlone. Pamiętam, że Pan Glondys cieszył się z tego równie mocno, jak ja. I tak się zaczęła moja przygoda z fotografowaniem. Zawsze Go mile wspominam.

Klauzula informacyjna ›