Bielscy radni następnej kadencji nie będą mieli łatwego zadania - każdego roku przyjdzie im wydać z miejskiej kasy ponad pięćdziesiąt milionów złotych na obsługę długu, który obciążą wszystkich mieszkańców miasta. To ogromna kwota równa połowie kosztów budowy stadionu. Aby spłacać stare kredyty, trzeba zaciągać nowe. Czy jest wyjście z tej spirali?

Wieloletnia prognoza finansowa miasta jest odrębnym dokumentem uchwalanym wraz z budżetem. Zakłada ona całkowitą spłatę zadłużenia gminy do końca 2024 roku. Pod warunkiem jednak, że w kolejnych latach nie będziemy zaciągać następnych kredytów i do minimum ograniczymy inwestycje. - To tylko teoria - podkreśla szef komisji budżetowej bielskiej Rady Miejskiej Roman Matyja. - W praktyce nie da się funkcjonować bez kolejnych kredytów i inwestycji. Miasto popadłoby wówczas w stagnację.

Miliony do oddania

Według prognozy, w roku 2014 planowane zadłużenie sięgnie 268 mln zł, aby później systematycznie spadać. W 2015 roku spadnie do 224 mln zł, w roku 2016 wynosić będzie 180 mln zł, rok później - 144 mln zł, a w 2018 roku - 108 mln zł. Oznacza to, że władze miasta przyszłej kadencji będą musiały w sumie wydać grubo ponad 200 mln zł na spłatę długu. - To tak, jakbyśmy w każdym roku płacili połową naszego stadionu i tak przez cztery kolejne lata - obrazowo tłumaczy radny Roman Matyja.

Co samorząd może zrobić za 200 mln zł? Dużo. Np. zlikwidować obecną kolejkę najuboższych bielszczan oczekujących na mieszkanie komunalne. - Już za równowartość stadionu można zbudować prawie dwadzieścia budynków po trzydzieści mieszkań - przekonuje radny Matyja. - To najlepiej pokazuje skalę naszego zadłużenia.

Dług jest spory i dlatego sporo lat musi minąć, aby go zlikwidować. Nawet jednak z takim obciążeniem Bielsko-Biała nie jest bynajmniej na straconej pozycji. - Plasujemy się gdzieś w środku stawki w skali całego kraju, utrzymując wciąż bezpieczną granicę - zapewnia szef komisji budżetowej. - Cały problem polega na tym, że jakby nie patrzeć, przyszłe lata muszą być okrojone z inwestycji.

Nadzieja na zmianę koniunktury

Roman Matyja uważa, że sytuację kasy miejskiej może poprawić pozyskanie większych funduszy z Unii Europejskiej na niektóre cele inwestycyjne oraz zmiana koniunktury na rynku. - Wtedy do budżetu wpłynie więcej pieniędzy, a i same inwestycje będą miały duże wsparcie zewnętrzne - tłumaczy radny.

Na koniec nie sposób zauważyć, że do obecnej sytuacji finansowej w dużej mierze przyczyniła się konieczność dotowania przez gminną kasę państwowego systemu oświaty. Dzieje się tak od wielu lat i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała ulec zmianie. - W roku 2009 dołożyliśmy do edukacji 79 mln zł, w 2010 roku już prawie 90 milionów, rok później o 7 mln więcej, a w ubiegłym roku aż 83 mln zł - mówi radny Matyja. 

Debata nad przyszłorocznym budżetem Bielska-Białej odbędzie się na sesji Rady Miejskiej w najbliższy piątek, 20 grudnia. Będzie transmitowana w internecie. Założenia projektu uchwały budżetowej przedstawialiśmy szczegółowo w artykule Stadion i cała reszta wydatków.

Krzysztof Oremus