Nawet w czasach nadprodukcji dóbr materialnych towar dostępny w sklepie może być powodem sporu między klientami. Dwa razy w tygodniu wielu bielszczan jest gotowych na długie wyczekiwanie przed otwarciem sklepu przy ul. Cieszyńskiej, spodziewając się nadzwyczajnych okazji cenowych. Aby zaoszczędzić parę złotych, ludzie koczują nawet przy fatalnej pogodzie.

Godz. 7.45 - spora grupa osób zgromadzonych przed drzwiami supermarketu nerwowo wyczekuje otwarcia, które następuje o godz. 8.00. Niektórzy przezorniejsi, prawdopodobnie z powodu warunków pogodowych, czekają w samochodach zaparkowanych w pobliżu. Dla innych opady deszczu nie są przeszkodą w oczekiwaniu. Sytuacja powtarza się w poniedziałki i czwartki, gdyż wtedy w Lidlu wchodzi nowa oferta asortymentowa.

Bez opamiętania ładują

Stojąc obok, przysłuchuję się rozmowom klientek. - Raz mogliby otworzyć chociaż pięć minut wcześniej, jak jest taka pogoda - narzeka jedna z nich. Nic z tego. Lidl jest konsekwentny. Otwierają punktualnie o 8.00. Można synchronizować zegarki.

W końcu wybija długo wyczekiwana godzina. Tłum wchodzi do środka, szybko docierając do miejsca, które można nazwać szwedzkim stołem. Ludzie przeglądają się towarowi i bez opamiętania ładują artykuły do wózków. Niektórzy otwierają opakowania, po czym rozczarowani odrzucają je z powrotem na stół. Wtem pojawiają się ekspedientki. Swoim zachowaniem dostosowują się do rozgorączkowanego tłumu - rzucają szybko towar, który znika w mgnieniu oka w wózkach klientów.

Co dziś było przedmiotem pożądania wśród klientów? Akcesoria samochodowe i ubrania, choć na pierwszy rzut oka wydawało się, że tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. Towaru jest dużo, jest tanio, więc trzeba brać, bo kto wie, kiedy następna okazja się przytrafi. Prawdopodobnie już w następny poniedziałek, gdy wejdzie w obieg kolejna oferta Lidla. Za kilka dni ludzie wrócą do sklepu, aby się o tym przekonać. Poniedziałkowe i czwartkowe okazyjne zakupy, to dla nich cotygodniowe rytuały.

Towar z gazetki

Nerwowość wśród klientów wzrasta, słychać przekleństwa, zirytowane głosy. Przy koszach z towarem trwa masowa przymiarka dziś dostępnych kurtek. Powstaje chaos i zamieszanie. Ktoś kogoś szturcha łokciem przy zakładaniu odzieży, nikt nie zważa, że obok stoi kobieta, starsza osoba. Niektórzy jednak potrafią zachować zdrowy rozsądek, przywołując innych do porządku. - Ludzie, trochę kultury, to jest przesada, żeby tak wyrywać z ręki towar - krzyczy jedna z klientek.

Klienci ogarnięci żądzą kupowania zdają się być w jakimś amoku, jak zahipnotyzowani. Niektórzy są zdezorientowani. Podobnie, jak kobieta w średnim wieku pochylająca się nad górą towaru, którą pytam, czy zawsze to tak wygląda w Lidlu z samego rana. - W poniedziałki i czwartki, to przeważnie zawsze. Wchodzi wtedy nowa gazetka, towar w atrakcyjnych cenach. Ludzi to przyciąga, a rano przed wejściem tworzą się kolejki. Dziś pada, więc ludzi jakby jest trochę mniej niż zwykle - relacjonuje.

Godz. 8.20 - robi się trochę ciszej, klienci nie są aż tak natarczywi, nie słychać już głośnych rozmów. Przyszła druga grupa klientów. Kontemplują towar w milczeniu. Klientów wciąż przybywa, a towaru ubywa. Ci rozczarowani, którzy zgłosili się za późno obiecują sobie, że następnym razem przyjdą szybciej. Jeśli pogoda dopisze, koczujących przed Lidlem będzie jeszcze więcej. Takie czasy.

Katarzyna Handzlik